Kategorie
Mecenas
Mecenasem serwisu jest Wyższa Szkoła Informatyki
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Partnerzy



Polityka
Sprawa posła Palikota
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo, Gospodarka, Polityka,
Dodano: 2008-10-17 10:16:12

Ujęcie problematyki ochrony dóbr osobistych osób publicznych w formie artykułu publicystycznego, wiąże się z koniecznością bardzo redukcjonistycznego podejścia do tematu. Dla Czytelnika to pewnie lepiej, muszę bowiem odmówić sobie prawa przytaczania orzecznictwa i nadużywania fachowej terminologii.  Punktem wyjścia tych rozważań jest nie tak dawne nazwanie urzędującego prezydenta “chamem” przez posła Janusza Palikota.  Czy rzeczywiście mieliśmy tu do czynienia ze znieważeniem głowy państwa i znieważeniem osobiście Lecha Kaczyńskiego  (a nie musi to być tożsame)? Punktem wyjścia do odpowiedzi na to pytanie musi być przypomnienie kilku mniej lub bardziej oczywistych kwestii. Zresztą odwołanie się do incydentu jest pretekstem do zastanowienia się nad  szerszym i poważniejszym zjawiskiem.
Po pierwsze zatem, mówiąc o  dobrach osobistych mówimy o zróżnicowanej kategorii praw podmiotowych – wydaje się, że najważniejsze dla tych rozważań są kategorie takie jak cześć, dobre imię i prywatność. Z oczywistych względów pomijamy wiele innych dóbr osobistych, których rozważanie byłoby dla przypadku  “chama” nierelewantne.  Przypomnieć tu należy jedynie, że polskie prawo stosuje zasadą otwartego katalogu dóbr osobistych, a nowe kategorie rodzą się po prostu w wyniku orzeczeń sądowych (np. prawo do herbu) i swoistej “społecznej” potrzeby.
Po drugie -   ochrona dóbr osobistych osób publicznych podlega nieco odmiennej i zasadniczo słabszej ochronie, niż dóbr tych osób, które osobami publicznymi nie są.  Samo zresztą pojęcie osoby publicznej jest niejednoznaczne. Nie budzi wątpliwości, że  osobą publiczną jest funkcjonariusz państwowy najwyższej rangi – prezydent, premier, minister. Są nimi również znani aktorzy, czy nawet tzw. celebrities -osoby znane z tego, że są znane. Przyjęte ograniczenie, czyli odpowiedź na pytanie o (nie)poprawność  wypowiedzi posła Palikota, zwalnia mnie z szerszych rozważań, o granice tzw. komercjalizacji wizerunku gwiazd filmowych i celebrities, która wyraża się w sporach, niejednokrotnie sądowych, o to - jak wiele uprawnień dla prasy brukowej powstaje w wyniku wyraźnej lub dorozumianej “sprzedaży” czy “reklamowego udostępnienia” prawa do wizerunku. W przypadku funkcjonariuszy publicznych problem komercjalizacji wizerunku jest raczej drugorzędny, a istniejący problem dotyczy przede wszystkim prawa i granic  dopuszczalnej krytyki działań i postaw tych osób. 

Truizmem jest, że istota demokracji opiera się między innymi o wolność słowa, której to z kolei wolności przejawem jest prawo do krytyki i oceny działań funkcjonariuszy publicznych. Spór o wypowiedź posła Palikota jest zatem sporem o granice tej wolności i sporem o wyważenie ochrony  dwóch zasad – ochrony dóbr osobistych i prawa do krytyki. Orzecznictwo Trybunału Sztrasburskiego a w ślad za tym i orzecznictwa krajowe przyznają prawu do krytyki stosunkowo duży zakres swobody – ale jednak nie jest to zakres nieograniczony.
Odpowiedź na pytanie, czy poseł Palikot znieważył Prezydenta wymaga analizy zakresu krytyki, sposobu jej  uzewnętrznienia a pomocniczo także intencji krytykującego. Zakres, to po prostu stwierdzenie, czy krytykowane cechy mieszczą się lub są w istotny sposób związane z wykonywaniem funkcji publicznej, sposób uzewnętrznienia zaś to analiza użytego języka i sformułowań. Weźmy przykład  pierwszy z brzegu – w przypadku nazwania funkcjonariusza publicznego “kurduplem”, udowodnienie faktu, że jego wzrost pozostaje znacznie poniżej średniej krajowej nie może zmienić oceny, iż wypowiedź taka ma cechy zniewagi.  Po pierwsze bowiem trudno mówić o związku  między wzrostem a funkcją publiczną (przekroczony zakres dopuszczalnej krytyki). Po drugie, z czysto etymologicznego punktu widzenia słowo “kurdupel” jest słowem odbieranym jako lekko wulgarne (przekroczenie zasady dopuszczalnego uzewnętrznienia krytyki). Ale... Już ewentualne spekulacje na temat wpływu różnicy wzrostu między przywódcami państw, oczywiście bez używania wulgarnego języka i intencji obrażania, będzie mieściło się w zakresie rozważań dopuszczalnych w państwie demokratycznym, nawet gdyby powodowało irytację osoby poddanej takiej analizie.
Kwestia użycia określonego słowa wymaga wprowadzenia rozróżnienia na określenia wulgarne i pejoratywne. Na własny użytek  proponowałbym tu użycie “testu dziecka w wieku szkolnym” (myśląc tu raczej o szkole podstawowej). Określenie kogoś mianem “kłamca” jest określeniem zdecydowanie pejoratywnym, ale nie wulgarnym, użycie zaś powszechnie stosowanego słowa na”d” jest z pewnością wulgaryzmem.    Analizując zakres i prawo do krytyki możemy wymagać od debaty publicznej eliminacji wulgaryzmów ale nie możemy, w mojej opinii, wymagać od obywateli czy nawet polityków daleko posuniętych eufemizmów  w stylu “świadomego mijania się z prawdą”. Użycie eufemizmu nic nie zmieni w zakresie stwierdzenia i oceny konkretnych faktów. To, czy i w jakim zakresie określenia pejoratywne zastąpione są przez eufemizmy jest funkcją kultury osobistej, emocji i zakresu negatywnej opinii funkcjonariusza publicznego.  Przypomnieć tu należy, że orzecznictwo przyjmuje tu kryterium obiektywne – w tym znaczeniu, że samo subiektywne odczucie danej osoby nie jest wystarczające dla uznania naruszenia jej dóbr osobistych. Dziennikarze mają tu skłonność do korzystania z pomocy językoznawców. Pomocniczo - czemu nie, ale pamiętać należy, że sądy powinny tu raczej stosować (i zasadniczo stosują) kryteria zdroworozsądkowe i kryterium “sposobu zrozumienia przez przeciętnego obywatela”. Istotne jest bowiem dla ocenianego jak daną wypowiedź na forum publicznym zrozumie przeciętny obywatel,  a nie uczony językoznawca.
Analizując zatem wypowiedź posła Palikota, sąd będzie zapewne ustalał jej zakres - w rozumieniu związku działalności Prezydenta jako funkcjonariusza publicznego z negatywną oceną jego kultury osobistej.  I tutaj, gdyby wypowiedź ta została wygłoszona, ot tak, jako  ocena osoby publicznej, którą poznało się w prywatnych okolicznościach, miałaby charakter wypowiedzi znieważającej. Jeżeli jednak zostanie wykazane, że była to wypowiedź ściśle powiązana z oceną relacji między Prezydentem a Ministrem Spraw Zagranicznych  i krytyką zachowania tego pierwszego, możliwe jest w mojej opinii uznanie przez sąd związku między treścią tej wypowiedzi, a działalnością Prezydenta jako osoby publicznej. Poseł Palikot być może odwoła się tu jeszcze do pamiętnych „spiep..aj dziadu”, czy „tylko nie ta małpa w czerwonym”,
 Słowo “cham”, przy całej swojej biblijnej etymologii, ma w polskim języku wyraźnie pejoratywny wydźwięk – oznacza kogoś o niskim poziomie kultury osobistej. Podobnie jak kłamca – nie jest jednak określeniem wulgarnym. Tu jednak dochodzimy do istoty problemu, jaki będzie miał ewentualnie do rozstrzygnięcia sąd przy ocenie “przypadku Palikota”.  Krytyka polityczna może opierać się na analizie intencji, programu politycznego etc., ale krytyka w której ad personam użyte są treści uznawane za powszechnie obraźliwe, wymaga jednej podstawowej rzeczy – faktów. Nazwanie kłamcą polityka wysokiej rangi, który w celu zwiększenia swoich szans wyborczych ukrywa fakt nie posiadania wyższego wykształcenia, jest moim zdaniem dopuszczalną krytyką – o ile opiera się na faktach tj. twierdzeniu (lub przynajmniej nie zaprzeczaniu) przez tegoż polityka posiadania przezeń wyższego wykształcenia i jednocześnie możliwości udowodnienia, że polityk ten wyższego wykształcenia nie ma. Czy jednak sąd uzna, że w ogóle możliwe jest udowodnienie, iż ktoś jest ”chamem”? Czy powszechnie znane fakty odnoszące się do  sposobu rozmowy z innym politykiem, z którym pozostaje się w sporze, wystarczą do “udowodnienia” tej tezy? Szczerze mówiąc mam w tym względzie poważne wątpliwości, które na szczęście nie ja będę rozstrzygał.
Zupełnie inną kwestią pozostaje metoda regulacji. Proszę zwrócić uwagę na tezę, którą zaraz wygłoszę. Urząd Prezydenta jest w Polsce kompletnie niepotrzebny a nawet szkodliwy, ma zbyt mało kompetencji dla realnego działania na rzecz realizacji zadań publicznych, a jednocześnie na tyle dużo, by szkodzić funkcjonowaniu rządu. Mogę nawet powiedzieć, że w wyżej wymienionym kontekście jest to urząd “bzdurny i dysfunkcjonalny”. Zastrzegam, że  moje poglądy w tym względzie są znacznie bardziej wyważone, ta przykładowa wypowiedź, to jednak z pewnością “bezpardonowy atak na urząd Prezydenta”. Intuicyjnie jednak czujemy, że   jest  ona i powinna być w demokracji dopuszczalna.  Nie jest ona jednak “spersonifikowana”, czyli ani z jej treści ani sposobu wyrażenia nie wynika zamiar, ani skutek naruszenia dóbr osobistych konkretnej osoby. W istocie państwa prawnego powinna leżeć nie “ochrona urzędu” lecz ochrona człowieka.
Korygując pewne funkcjonujące nieporozumienie, ochrona urzędu prezydenckiego środkami prawnokarnymi różni się od ochrony innych osób w zasadzie przede wszystkim tym, że prawnokarna ochrona prezydenta ( i innych funkcjonariuszy publicznych – por. art. 135 par. 2 i art. 226 par. 1 KK) realizowana jest z urzędu a “zwykłego” obywatela – z tzw. oskarżenia prywatnego (por. art. 212 KK). Innymi słowy – za prezydentem stoi machina wymiaru sprawiedliwości, obywatel musi zaś radzić sobie samemu. Moje wątpliwości budzi jednak w ogóle ochrona środkami prawnokarnymi, przy jednoczesnym braku wzmożonej ochrony o charakterze cywilnoprawnej funkcjonariuszy państwowych. W demokratycznym państwie prawa swoboda wypowiedzi, może z wyjątkiem wypowiedzi skrajnie rasistowskich i nawołujących do ludobójstwa, w ogóle nie powinna podlegać ocenie z punktu widzenia prawa karnego. Również zróżnicowanie pozycji obywateli w świetle prawa karnego rodzi poważne wątpliwości aksjologiczne. Jednocześnie zaś z własnej praktyki znam przypadki  urzędników państwowych działających w dobrej wierze i wyłącznie w  zakresie swoich funkcji służbowych, pozwanych przez podmioty dotknięte ich działaniami z tytułu domniemanego naruszenia dobra osobistego. I co więcej organ administracji (duży urząd centralny) nawet palcem nie kiwnie w obronie swoich pracowników, wskazując zresztą słusznie, że nie bardzo ma podstawy do jakiegokolwiek działania, a w szczególności – wydatkowania środków publicznych. Wydaje się zatem że postulować należy eliminację rozwiązań prawnokarnych, które są w prostej linii pochodną “przestępstwa obrazy majestatu” a w demokratycznym państwie prawa zdają się być zupełnie nie na miejscu. Postulować zaś należy  coś innego.
W naszym populistycznym społeczeństwie, zarobki urzędników nie są wysokie. Zarobki najwyższych urzędników państwowych, w stosunku do ich roli, odpowiedzialności etc. są wręcz śmiesznie niskie. Mówiąc wprost, ile postępowań sądowych może być prowadzone przez Prezydenta, z prezydenckiej pensji, gdy brak jest regulacji umożliwiających np. zapłacenie dobremu adwokatowi, w “prywatnej” sprawie Pana Prezydenta? A tymczasem funkcjonariusze publiczni powinni podlegać wzmożonej ochronie prawnej ponieważ narażeni są oni na naruszanie ich dóbr osobistych z tytułu wykonywania funkcji publicznych. Ale na czym ta wzmożona ochrona prawna powinna polegać? Mniej moich wątpliwości budzi finansowanie w takich przypadkach pomocy prawnej przez Państwo aniżeli rozwiązania prawnokarne, które łamią kardynalną w demokracji zasadę równości obywatela wobec prawa.
Nie wiem, jak potoczy się “sprawa posła Palikota”, ale wiem że teoretycznie, w naszym systemie prawnym może potoczyć się w kierunku, który uznałbym za naruszenie zasad demokracji, przy jednoczesnym zachowaniu zasad obowiązującego prawa pozytywnego. Nie byłaby to dobra konkluzja. Dla demokracji i prawa.
 

OPINIE
Zapraszamy do wyrażenia opinii.
Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010