i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

Podróżować można na dziesiątki sposobów: pieszo, po pańsku, czyli karetą, samochodem, autobusem lub stopem. Można podróżować świadomie, a co za tym idzie nieświadomie, w wyobraźni, na oklep i w siodle. W przyszłość, przeszłość, a w końcu można też, jak mawiał geograf ze wsi Włochy pod Warszawą, palcem po mapie.
Każda z wymienionych form przemieszczania pozostawia niezatarte wrażenia, niesie za sobą, o czym wspomnieć trzeba również, pewne ryzyko.
Zacznijmy od samolotu, gdyż jak donoszą gazety, możliwe, że już niedługo będziemy się cieszyli istnieniem Naszego, narodowego przewoźnika.
Samolotem leci się szybko i w linii prostej, co szczególnie ważne dla tych, co nie lubią kluczyć. Przez chwilę pobujamy w chmurach, a i na UFO natrafić można przy odrobinie szczęścia. Z wygodą różnie bywa. Jeśli zdecydujemy się na LOT, to piwo „Żywiec” dostać można, ale jak na tanie linie lotnicze, to w gębę łatwiej oberwać w trakcie kłótni o miejsce. Zresztą, ostatnimi czasy nie mamy szczęścia do podniebnych wojaży, szczególnie na pokładach „lufthanzowych” boeingów.
Nie polecam samolotu osobą, które wierzą w szczęśliwą trzynastkę wypisaną na fotelu, gdyż czeka ich niemiłe rozczarowanie. Po prostu brak takiego miejsca.
Pójdźmy jednak dalej...
Weźmy statek. Taki z wyższej półki. Z basenem na pokładzie, salą taneczną, kinem z double surroundem i drinkami z parasolkami „Made In China”.
Powoli, ale wygodnie. Pokładowy romans się trafi. Dużo przestrzeni do spacerowania. Tylko, że po filmie „Titanic” strach pozostał. Szczególnie gdy mamy przed oczami scenę przechylonego dzioba, kiedy to jakiś biedak odbija się od komina i kreśląc w powietrzu dzikie piruety, uderza o wodę.
Z karetą rozprawić się łatwo. Ciężko znaleźć odpowiednią w przystępnej cenie.
Samochodem jakoś tak za łatwo i prosto. Wsiadam, jadę i tyle. No nudy. Na gapę wrażeń więcej. Ale ryzyko też większe. Kto z nas nie pamięta dylematu, gdy stojąc w otwartych drzwiach pędzącego expressu relacji Warszawa – Katowice, czując na plecach oddech konduktorskiego pościgu, nie zastanawiał się: „Skoczyć? Nie skoczyć? A jak skoczyć, to w którym momencie, żeby w semafor przypadkiem nie rypnąć?”.
Stopem też można. Jednak za każdym razem kiedy wystawiam kciuk i wysuwam zalotnie kolano w kierunku jezdni, przypomina mi się historia znajomej, która złapała okazję w trasie na Lublin. Ona jedna. Ładna. Inteligentna. Wolna. Ich czterech, w stanie wskazującym na spożycie, łącznie z kierowcą. Z początku wszystko szło gładko. Rozmowa, dowcipy, uśmiechy. Później niemoralne propozycje, gaz pieprzowy, hamulec i ucieczka. Ryzyko duże. Za duże, nawet pomimo tego, że dziewczyna ze mnie średnio atrakcyjna.
Jazdy na oklep nie polecam, szczególnie płci brzydszej. Drodzy panowie, przyjemność jazdy nieadekwatna w stosunku do późniejszych bólów.
W wyobraźni wydawać by się mogło, że bezpiecznie. Nic bardziej mylnego! Wyobraźmy sobie podróż marzeń do, dajmy na to, Chin. Z początku wszystko pięknie. Po prawej Wielki Mur. Po lewej Zakazane Miasto. A że umysł ludzki ma tendencje do zboczeń wszelakich, wywinie nam psikusa i już jesteśmy bohaterami chińskiego kryminału z finałem w więzieniu. I jaka z tego przyjemność?
Mógłbym tak wyliczać w nieskończoność i zawsze wyjdzie na minus. Ale wiem doskonale, że człowieka do przygód ciągnie. Zatem proszę bardzo. Przecież nie o środek, ani o cel chodzi, a o sam ruch i drogę. Tylko znowu wedle kogoś mądrego: „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”. I czerp tu, cholera, przyjemność z podróży!


