Problemy, które ujawnia magister Z
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2009-04-04 12:28:39
Kim jest mgr Z? Nazwiska nie wymieniam, chociaż zdobył on już sobie popularność. Stał się znany i pewnie się z tego cieszy. Po co ta afera, przecież to śmieć – zauważył jeden z internautów. Nie jestem skory by kogokolwiek nazywać śmieciem, chociaż to, co o nim dzisiaj wiemy, do takiego określenia może nawet upoważniać. Ale – nie. Nie upoważnia. W każdym środowisku zdarzyć się może dewiant, człowiek chory, intelektualnie pokręcony. Pogarda nie leczy. Zresztą nie ma problemu mgra Z. Nie ma nawet problemu jego książki ani wydawnictwa, które ją wydało. W świecie wolności słowa mogą egzystować szmatławe oficyny, umysłowi dewianci mogą pisać książki, które szmatławe oficyny mogą wydawać. To wszystko może mieć miejsce i nie ma się co podniecać. No problem. Ale jednak jest problem – i to nie jeden, a kilka.
Problem nr 1 – dr hab. Andrzej Nowak
Podobno – bo tego programu telewizyjnego nie oglądałem – prof. A. Nowak stwierdził był, że Wałęsa nie jest dlań żadnym bohaterem, bohaterem jest dla niego Anna Walentynowicz. Mogę się temu dziwić, ale ma on do tego prawo. O Walentynowicz jeszcze będzie, teraz chodzi o A. Nowaka. Jest on promotorem pracy magisterskiej mgr. Z. Ta praca, wydana później jako książka, jest swego rodzaju metodologicznym kuriozum, które gwałci podstawowe zasady pracy naukowej, te, których miał się w czasie studiów młody człowiek nauczyć a świadectwo ich opanowania miał dać w swojej pracy. Książka mgr. Z. wydana przez wydawnictwo, którego nazwy też nie wymienię, a którego dyrektorem jest A. Nowak, czyli niedawny promotor dzisiejszego mgra Z., przekonuje nas, że prof. A. Nowak nie tyle był jego promotorem, co deprawatorem.
Niedawno na mojej uczelni, Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, której daleko do historycznej patyny prestiżu, szacunku i autorytetu najstarszej Alma Mater w Polsce, rozstaliśmy się z profesorem, na którego seminarium magisterskim seminarzysta sfałszował wyniki badań empirycznych i praca została przez niego dopuszczona do obrony. Nie było w tym – ze strony promotora – akceptacji intencjonalnego oszustwa, naciągania dowodów, świadomego fałszowania czy choćby tylko nieweryfikowania faktów, nie było zgo-dy na oszustwo, z którym mielibyśmy do czynienia, gdyby namawiał swego magistranta lub akceptował u niego dopasowywanie dowodów do z góry założonej tezy. Była tylko niekompetencja, może opieszałość, lub niesolidność. Podejrzewam, że promotor po prostu pracy nie przeczytał uważnie. Rzecz naganna. Wszystko wskazuje jednak, że dr hab. A. Nowak pracę dzisiejszego mgra Z. jednak przeczytał i wiedział co akceptuje.
W blankiecie recenzyjnym prac dyplomowych, zarówno licencjackich jak magisterskich jest rubryka, w której należy napisać co nowego praca wnosi do nauki. Zawsze mnie ona denerwuje i czasami wpisuję w niej uwagę, że coś takiego mógł wymyśleć tylko ktoś o biurokratycznie zidiociałym umyśle. Bo praca magisterska, nie mówiąc już o licencjackiej nie musi niczego odkrywczego, nowego do nauki wnosić. Może, ale nie musi. Natomiast musi pokazywać, że jej autor potrafi poruszać się względnie swobodnie po obszarze literatury przedmiotu, że potrafi cudze prace omawiać, cytować, wykorzystywać, że wreszcie dysponu-je podstawowym warsztatem badawczym (techniki, metody, narzędzia) i że jest uczciwy. A czym jest uczciwość w nauce?
Otóż prof. Nowak albo tego nie wie, w co jednak wątpię, albo wie i lekceważy, w kon-sekwencji mgra Z tego nie nauczył, przeciwnie – wszystko na to wskazuje, że nauczył go oszustwa, czyli powoływania się na anonimowe źródła, wykorzystywania gminnych plotek, przenoszenia do nauki chwytów relacyjnych z kiepskiego dziennikarstwa, w którym występują różne podmioty zbiorowe, które coś sądzą (opinia publiczna miasta X jest zbulwersowana…), coś oceniają (ludzie we wsi uważają, że…) co pozwala mu pisać nie tylko o tym, że Wałęsa miał kontakty z UB, bo miał, ale i o jego rzekomym nieślubnym dziecku, o sikaniu pod murki, do kropielnicy itp. Co zrobić z „opiekunem naukowym” takiej pracy i z nauczycielem oraz wychowawcą (bo jednak także z wychowawcą!) młodego człowieka?
Obce mi są pomysły odbierania stopni czy tytułów naukowych. Były zresztą w czasach szczęśliwie już minionych. Wiem, że władze komunistyczne rozważały możliwość odebrania tytułu profesora Leszkowi Nowakowi, twórcy teorii o klasowym trój-panowaniu, którego wykłady, radykalnie antykomunistyczne choć bardzo lewicowe, cieszyły się niezwykłą popularnością wśród studentów. Więc co zrobić z tym dzisiejszym Nowakiem, który dla Kurtyki jest „najwybitniejszym historykiem swojego pokolenia”? Stopniem naukowym doktora habilitowanego powinien się cieszyć dożywotnio. Mimo wszystko ten rodzaj stabilizacji jest potrzebny i wcale nie jemu w pierwszej kolejności. Ale czy musi się takiemu człowiekowi oddawać na deprawację młodych adeptów nauki? A więc czy musi prowadzić seminaria magisterskie? A nawet czy musi pracować w najstarszej i najszacowniejszej polskiej uczelni, czy zresztą w jakiejkolwiek uczelni? W mojej miejsca by nie zagrzał.
1 2 3
Jerzy Mikułowski Pomorski - Problem nr 4 - Historia współczesności a historycy IPN
2009-04-14 15:23:10
Dowiedziałem się o pracy mgr. Z i zadałem sobie pytanie: Czy to jeszcze jeden historyk IPN? Czym są historycy IPN i co to określenie znaczy?
Status historii czasów nam współczesnych zawsze był trudny do ustalenia, dlatego postanowiono unikać jej uprawiania. Tak mnie uczyli w krakowskiej Alma Mater najwybitniejsi historycy. Dlatego ostatnie 50-cio lecie było wyłączone z badań historycznych. Powodów takiego stanowiska było kilka.
Ten najczęściej podawany to ograniczona dostępność nadal niekompletnych archiwów.
Następny – zbytnie uleganie aktualnej percepcji niedalekiej przeszłości i wobec tego przekonanie, że każde o niej pisanie nie jest więcej warte niż publicystyka.
W końcu, że pisanie historii podlega aktualnym widzeniom problematyki, które, jak pisał wybitny historyk angielski Geoffrey Baraclough, nakazuje nam dostrzegać w przeszłości korzenie zjawisk dziś uważanych za istotne. Dlatego, dodawał w latach 60-tych, gdy trwała walka o obywatelskie prawa ludności kolorowej, należałoby więcej uwagi poświęcać wczesnym buntom niewolników, niż europejskiej scenie.
O współczesności niech się wypowiadają socjologowie – głoszono, zostawiając miejsce dla tej wówczas bardzo ekspansywnej dyscypliny. Socjologowie są szkoleni jak wydobywać Informacje od żyjących respondentów, jak ich zrozumieć, historycy nie. Na przecięciu tych dwóch dziedzin doszło do ukształtowania się nurtu badań historii społecznej, która ukazywała jak problemy swego czasu pojmowali i rozwiązywali współcześni.
Do ciekawej rozmowy między socjologiem Celińskim i historykiem IPN Nowakiem doszło w programie telewizyjnym. Celiński, który był uczony, że to badacz musi wysłuchać respondenta i zrozumieć jego wypowiedź, powiada o panu Z. – Przecież on nie zrozumiał szesnastu z trzydziestu dwu moich wypowiedzi. Na to Nowak – To już Pana problem. A zresztą niech Pan o tym napisze albo idzie do sądu, bo tak będzie dobre dla nauki. – Nauka jako wiedza negocjowana przed sędzią.
Przekazanie olbrzymiego zasobu dokumentów czasu niedawno minionego historykom było krokiem o różnych skutkach. Z jednej strony to dobrze, bo oni wiedzą jak opisywać i archiwizować materiały. Z drugiej źle, bo mają oni chwalebny dystans do współczesności, nie potrafią ani o nią pytać, ani jej rozumieć, natomiast dążą do wydobywania prawd uniwersalnych. Praca historyka archiwisty współczesności jest potrzebna i oczywista, praca historyka jako sądzącego współczesność, tak jakby to był czas, o którym już prawie wszystko wiadomo, może okazać się tragiczna w skutkach. To się dokonało i doszło do tego z wielu przyczyn, zapewne dlatego, że pierwsi historycy, którzy się za to wzięli robili wrażenie wiarygodnych, może dlatego, że socjologia nie sprostała swoim niegdysiejszym uzurpacjom i oddaje pole historii społecznej innym dyscyplinom humanistycznym, a wiele ze swego własnego pola antropologom, którzy byli przez lata kształceni tylko na etnografów. A w końcu dlatego, że historykom zasmakowała polityka. Na takim tle pojawiła się nowa kategoria badaczy – historycy IPN.
Znaleźliśmy się w sytuacji, której kiedyś najbardziej obawiali się przeciwnicy historii współczesności. Jesteśmy dalecy od zamknięcia gromadzenia zasobu materiałów archiwalnych tego czasu, a to co jest zgromadzone nie zostało przez nikogo w przybliżeniu choćby ogarnięte, ale zamiast czekać publikuje się je podobnie jak znaleziska archeologiczne, ale z zamykającym sprawę komentarzem.
Ponieważ brak jest wystarczającej wiedzy o epoce, jedni dla jej charakterystyki uciekają się do własnych, coraz bardziej młodocianych wspomnień, drudzy są dumni z tego, że nic z niej nie rozumieją. By się kierować jakimiś kryteriami przyjmuje się pewne uniwersalne tezy, które należy udokumentować. Takie prawdy to sprawa polityków i ich ideologii. Historycy IPN nie mogą się obyć bez ideologicznego oświecenia, ich nauka nie uczyła ich współczesności.
Tymczasem czyhają na nich różne niebezpieczeństwa. Zatrzymajmy się przy lustracji i roli UB/SB. Nasi młodzi historycy określili ludzi z tych służb jednolicie, jako bolszewickich najemników na żołdzie obcego państwa, coś w rodzaju Ochrany, bo tę historia już opisała. Tymczasem prawda może okazać się bardzo niewygodna. Znalazłem tylko jedną bogatszą ich charakterystykę, pióra historyka IPN Ryszarda Terleckiego. Otóż powiedział on, że SB-ecy to nie tylko prymitywne kreatury, ale znajdowała się wśród nich spora grupa osób zdolnych i inteligentnych, którzy przerastali pod tym względem elity PZPR. Co z tego wynika? Otóż to, że oni mieli więcej do powiedzenia w sprawach publicznych, niż towarzysze i byli bardziej skuteczni. Terlecki pisze to, co myślą dziś w Rosji zwolennicy Putina. KGB wie lepiej jak rządzić krajem, niż wiedział Gorbaczow. Czy aby SB nie wiedziała wcześniej, że trzeba zlikwidować komunizm w Polsce i należy do tego użyć prawdziwego robotnika, nie zaś łatwego do zakneblowania inteligenta? A zatem to jej zawdzięczamy upadek komuny i powrót do kapitalistycznej niepodległości? Jeżeli SB-ecy służyli KGB, czy to znaczy, że upadek komunizmu, rozwiązanie ZSRR, przybliżenie NATO do granic Rosji to był zamysł tej organizacji? Historycy IPN, jeżeli będą myśleć logicznie gotowi wystąpić z wnioskiem by wznieść pomnik Andropowowi jako likwidatorowi komunizmu. By to jednak wyjaśnić potrzebna jest większa wiedza o niedawnej współczesności. A poszukiwania w tym kierunku przeczą ideologii jaką historycy IPN przyjęli na wstępie i której zilustrowaniu służą.
Gdyby historia, a może socjologia zechciały powrócić do opisywania historii społecznej tego czasu musiałyby udokumentować jak to Polacy potrzebują swego dobrego oblicza, jak zasługa „Solidarności” i Lecha Wałęsy w obaleniu komuny buduje ich dobre samopoczucie, napełnia optymizmem. W końcu jak takie powszechne przekonanie potrzebne jest polskiej gospodarce. I taki obraz przyniesie historia społeczna. Taki jest bowiem współczesny stan ludzkich umysłów, no większości ludzkich umysłów.
Nie można jednak wykluczać, że u tych niektórych istnieje zapotrzebowanie na wizje tym sukcesom narodowym przeczące i to nawet z motywów walki w narodową prawdę. Niech prawda boli byle była – mówią oni, choć zapominają o tym, gdy dochodzi do dyskusji o Jedwabnym, fakcie już wymykającym się historii czasów współczesnych. Trudno zatem uwierzyć w szczerość tej liberalnej w gruncie rzeczy motywacji: niech mówią fakty, głoszą ci, którzy politycznie identyfikują się z orientacją otwarcie wrogą liberalizmowi.
Ta zmiana jest szczególnie wymowna dziś. Historyk IPN Jan Żaryn gdy za otwarcie polityczną deklarację został zwolniony z IPN złożył bardzo znamienną deklarację. Nigdy nie usłyszycie z moich ust nieprawdy. Co to znaczy? Czy już nigdy, bo przedtem to owszem tak? Kiedy przedtem? Za czasów służby w IPN? W końcu co to znaczy, że historykowi przychodzi do głowy, że mógłby kłamać? Przecież satysfakcja z bycia historykiem to dochodzenie do prawdy, to co było tak pociągającego w kłamstwie, że można było z tego rezygnować? Co znaczy taka deklaracja w ustach historyka?
Już nigdy nie zobaczę twych oczu za mgłą – mówiły słowa przedwojennego romansu. Kto jest tą opuszczaną kochanką? Czy to pożegnanie z IPN i zapowiedź powrotu do zdradzonego zawodu? Może to ekspiacja, bo też nie wiadomo czy będzie mu tamto wybaczone?
Trzeba w tym miejscu zapytać o przyczyny wykrzywiania obrazu stanu ludzkich umysłów, które ma badać historyk społeczny. Tu wobec niejasności źródeł takich poglądów do głowy przychodzą najgorsze podejrzenia: od stresu niespełnionych ambicjonerów po ukryte zamówienia obcej agentury; ile by dały osoby nieprzychylne Polsce by Polacy nie mieli powodów do dumy ze swojej dowiedzionej chwały, a najlepsza metoda to wzbudzenie w nią wątpliwości u samych Polaków. I tu wkraczamy na pole myślenia paranoicznego, teorii spisku, IPN jako obca agentura. Pamiętajmy, że głupota jest zwykle większą siłą, niż wszelkie spiski. Ale też powiedzą mi, że skuteczne są te spiski, które potrafią wykorzystać ludzką głupotę.
Lepiej zatem nie spieszyć się z ogłaszaniu rewelacji, które jutro trzeba będzie odwołać. Historycy IPN póki czas, dla dobra swej dyscypliny matki, winni z tej swojej dewiacji się wycofać.
Nie byliby już historykami IPN, lecz badaczami, wolnymi od przekonania, że tylko oni znają prawdę i tę tylko trzeba udokumentować dla dobra jej samej. Historyk IPN, nie zdając sobie z tego sprawy, cierpi na heglowskie ukąszenie – wchodzi w rolę polityka, któremu wolno się wypowiadać w imieniu obiektywnej Prawdy.
Tymczasem historycy IPN, a także inni zaangażowani w autorytatywne komentowanie współczesności jak politolog doktor M.M. z Katowic wypowiadają opinie otwarcie polityczne. Lub też oficjalnie stają się politykami. Jest to wyzwanie dla zawodu historyka, którego charakteru i znaczenia wielu z popularnych komentatorów nie rozumie. Ot choćby dziennikarze, którzy gotowi są traktować ich jak lepiej poinformowanych polityków. Jeżeli proces psucia nauki będzie postępował możliwym jest, że właśnie taką pozycję oni sobie wywalczą i nie będzie historyków poza kategorią określoną tu, jako historycy IPN, choć taka kategoria może się mnożyć na historyków PO, historyków SLD, czy historyków LPR etc. To wszystko jest możliwe. Dawna cnota oddzielenia warsztatu historyka od politycznego powołania, jaką kultywował np. Leszek Moczulski, zdaje się zanikać. Chociaż trzeba mieć nadzieję, że historia, ta prawdziwa, obroni się. Bardzo na to liczę. Będzie musiała wówczas powrócić do surowszego traktowania badań współczesności. Już dziś historycy IPN spotykają się z odmową, a nawet wręcz z bojkotem ze strony historyków profesjonalnych. Dobrze by zrozumieli tego powody.
Bohdan Jałowiecki - Klimat, w którym musimy żyć…
2009-04-14 15:21:53
Z coraz większym smutkiem i niestety z narastającym obrzydzeniem oglądam polskich polityków, ich zaściankowe kłótnie, gdzie chłopski cep jest głównym argumentem. Z trudem oglądam „Kropkę na i” i występujących tam błaznów, razi mnie pani Justyna Pochanke ze swoimi napastliwymi rozmowami. Polskie media, a i rzeczywistość, stają się co raz bardziej duszne, nie do zniesienia.
Książka mgr Z. mieści się w nurcie szmatławej literatury paszkwilanckiej, gdzie nie chodzi o prawdę, ale wdeptanie kogoś w błoto. Jest natomiast porażające, że praca ta mogła być przygotowana na Uniwersytecie i promowana przez dr habilitowanego. Jest to przykład nihilizmu części środowiska naukowego, które wykona każdą brudną robotę. To nie jest wypadek przy pracy to jest celowa działalność. Promotora pana dr. hab. nie można z uczelni usunąć, panu mgr Z. pewnie nie da się odebrać tytułu, publikacji książki nie można zakazać. Ale są przecież sankcje społeczne znane już w czasach rzymskich – ostracyzm. Z tymi ludźmi nie rozmawiamy, nie podajemy ręki, jak wchodzą do pomieszczenia my wychodzimy. A uczciwe media o nich i ich pracach w ogóle nie mówią.
Mgr Z., a przedtem dwóch autorów głośnej pracy o Lechu Wałęsie działają w określonym klimacie nienawiści, pogardy, szkalowania ludzi, donosów w imię prawdy historycznej. Jakiej prawdy? Społeczeństwo polskie jest podzielone, ludzie mają różne życiorysy, dokonywali rozmaitych wyborów, jedni słusznych, w obecnej ocenie, inni niesłusznych, ale wszyscy, jeżeli nie popełnili przestępstw i działali w dobrej wierze, zasługują na szacunek.
Niestety klimat, w którym musimy żyć nie jest tylko pisowski, to także klimat PO, wszak działacze tej partii głosowali za powołaniem IPN w obecnym kształcie, za utworzeniem CBA, wsławionej namawianiem ludzi do przestępstw, za barbarzyńską lustracją nie dającą pomówionym ludziom prawa do obrony. To PO wydelegowała posła J. Gowina do przygotowania skrajnie niehumanistycznej ustawy o in vitro, to PO godzi się na antywolnościowe prawo dyskryminujące kobiety, a chroniące zarodki, to PO chce pozbawić dużą grupę społeczną praw wyborczych, jeżeli nie pozbędą się swojego majątku. To PO manifestuje bezprzykładny cynizm, zapraszając na listy wyborcze do parlamentu europejskiego osoby bardzo dalekie od tej partii, aby tylko zyskać więcej głosów.
Anna Martens - Apel o pobłażliwość
2009-04-14 15:20:53
Czytając z uwagą niezwykle emocjonalny, acz interesujący felieton profesora Chłopeckiego, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta zacięta krytyka wymierzona w głupotę w ogóle, a w ignorancję w szczególności, nie może stać się – co było jak sądzę zamierzeniem autora – głosem wołającym o zdrowy rozsądek, mimo wielu przekonywujących argumentów.
Wynika to z dwóch niezmiennych prawd, które w pięknych słowach wyraził Stefan Kisielewski. Powiedział on kiedyś: „Człowiek pobłażliwy nie pobłaża sobie, lecz musi pobłażać innym, choć często widzi, że są oni nadmiernie pobłażliwi dla siebie samych”. W obliczu ludzkiej głupoty, o której Einstein powiedział, że jest jedną z dwóch nieskończonych rzeczy, jedyne co pozostaje, to milczeć i uśmiechnąć się smutno, z pobłażaniem. Ale powód milczenia jest dużo ważniejszy. I tu odwołuję się do drugiej ze złotych myśli Kisielewskiego: „Polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby”. Wszak zacny, wykształcony, inteligentny człowiek poświęca czas na mówienie o rzeczach ważnych i cennych – kiedy więc zabiera głos w jakiejś sprawie, jej wartość i znaczenie automatycznie wzrasta. A w tym przypadku chodzi przecież o działanie odwrotne. Nieszczęsna praca magisterska i w jej następstwie ukazująca się publikacja nie warte są uwagi, którą się im poświęca.
I tu rozpoczyna się zgoła inna dyskusja, ale wbrew pozorom mocno związana z tematem. W świecie, w którym rządzą media, a ich dyktaturze chce lub musi poddać się znacząca część społeczeństwa, mało kto analizuje odbierane informacje. Przekaz się przeżywa, ogląda i absorbuje. W tej medialnej rzeczywistości newsem nie była przecież sama publikacja Pana Z., atakująca Wałęsę, bo jak zwykle bywa w przypadku takich pozycji, niewielu po nie sięga, a jeszcze mniej naprawdę przeczyta. Natomiast hitem dnia stało się to, że były prezydent z powodu jakiejś książki chce opuszczać nasz kraj i pozbywać się wszystkich przyznanych mu nagród. A takiego newsa nikt nie przepuści, bo dzięki niemu buduje się typową i najbardziej popularną w mediach grę emocji. Mamy dobrego i złego, tworzą się obozy i jest o czym rozmawiać, coś się dzieje, przynajmniej do następnego newsa.
Zaskakujące jest, że w obliczu nieskończonej głupoty i w zderzeniu z brutalną rzeczywistością, na wielu twarzach pojawia się zdziwienie i pytanie: „Jak mogło do tego dojść, jak to się stało?” Oprócz powodów, o których była już mowa, jest jeszcze jeden, najbardziej prozaiczny – taki jest nasz świat. Stanisław Lem, mistrz krótkich, celnych uwag, pytany o to jaki będzie XXI wiek, odpowiedział: „Będzie tak samo jak w XX wieku, tylko BARDZIEJ”. Panowie Z. i N. byli zawsze, ich ślepe, głupie ataki zniekształcające rzeczywistość nie są niczym nowym. Od zarania dziejów rodzili się awanturnicy ferujący wyroki bez dowodów, rzucający oskarżenia, mnożący pomówienia, a ich cel był zawsze jeden – mieć swoje pięć minut niszcząc kogoś ważnego, na kogo plecach można na chwilę zabłysnąć w świetle fleszy. Bo przecież nawet jeśli za jakiś czas uda się przedstawić niezbite dowody na to, że dziś kłamią, nikt już nie będzie pamiętał o co w tej sprawie chodziło. W epoce kultury obrazkowej liczy się tylko to, co dziś. Media przygotowały gotowe danie, które zwalnia naród, lud, społeczeństwo (niepotrzebne skreślić) z wysiłku intelektualnego. W tym show jest tylko jeden zwycięzca, ten o którym najwięcej się mówi, choć najmniej na to zasługuje. Dlatego z całą siłą namawiam, przestańmy mówić o niereformowalnych głupcach, bo niepotrzebnie ich nobilitujemy poświęcając im tak wiele uwagi. A że sprawa ich resocjalizacji jest z góry przegrana udowodnił swego czasu niezastąpiony Kisiel, stawiając piękną i przewrotną tezę: „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami”.
anonim - Będą gonić króliczka…
2009-04-14 15:25:04
Poznałem A. Nowaka jako pisowskiego czy awuesowskiego członka Rady Programowej Polskiego Radia. To człowiek o mentalności jezuity/bolszewika.
Oczywiście, że jest deprawatorem, oczywiście, że "wypuścił" gówniarza (a ten, wspólnie z naczelnym redaktorem "Arcanów" A. Nowakiem banialuki z oral history dopisał przed publikacją, stąd PAKA niczego złego w pracy mgr się nie doszuka), oczywiście, że wspólnie z Kurtyką przez tę książkę legitymizują, jako naukową poprzednią - Cenckiewicza/Gontarczyka, oczywiście, że o wszystkim wiedzieli "horrible twins", oczywiście, że ten zgiełk wokół Wałęsy jest na rękę PO – i to może jest najgorsze. I oczywiście, że "póki my żyjemy" będą gonić króliczka...
Nazwisko znane redakcji
Bartłomiej Jeleń -
2009-06-02 14:24:19
Chyba najważniejszym problemem jaki sobie sami stworzyliśmy, było to iż zainteresowaliśmy się pracą magisterską, książką, jak i samym autorem – Panem Z. No bo jakby nie popatrzeć to takie działania mamy praktycznie na co dzień i to nie tylko w sferach polityki, ale i w życiu publicznym.
Publikacje tego studenta można porównać do rozmowy dwóch dewotek na bazarze. Owe fakty, o których pisał w swojej pracy typu, że były prezydent sikał do chrzcielnicy czy to, że powołuje się na zeznania świadka, Panią Janinę, Zofię czy jakąś tam nie wzbudzają we mnie jakiegoś poruszenia, ale uśmiech na twarzy, bo to jest po prostu żałośnie śmieszne. A na absurdy odpowiada się śmiechem lub kolejnym absurdem, tak jak to zrobił Lech Wałęsa pytając owego „pisarza” na swoim blogu o wysokość chrzcielnicy i wzrost 8 letniego chłopca, który miał niby to do owej chrzcielnicy się „załatwić”. Według mnie to „mission impossible…”. Świat pełen jest absurdów, i „wielkich myślicieli” takich jak owy mgr Z. i tego nie zmienimy więc może nie warto zwracać na nie uwagi, bo szkoda czasu i zdrowia psychicznego…