i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-03-04 13:01:45

Do kina na film “Popiełuszko. Wolność jest w nas” wybrałem się po przeczytaniu krytycznych recenzji na jego temat w “Dzienniku”. Że to niby hagiografia, banał itd. Szedłem więc z pewnymi obawami i… pozytywnie się rozczarowałem. Nie jest to wprawdzie dzieło wybitne, ale bezdyskusyjnie warte obejrzenia. Ba! gdybym był, powiedzmy, dyrektorem liceum, nastawałbym na to, by do kina poszła cała szkoła. Na ekranie można bowiem zobaczyć kawałek najnowszej historii Polski, której młodzież albo nie zna wcale, albo zna jedynie ze strzępków opowiadań rodziców.
Reżyser Rafał Wieczyński mógł pójść w głąb, w stronę dramatu psychologicznego. Pokazać - co samo w sobie jest fascynujące - jak z przeciętnego kapłana w latach 70. ks. Jerzy zmienia się w człowieka, który porywa tłumy, nie przestając być przy tym tym samym, nieco nieśmiałym kapłanem, który nigdy nie podnosi głosu. Pokazać jego dylematy, strach przed zamordowaniem przez bezpiekę, niezrozumienie ze strony hierarchii kościelnej i kolegów księży, uważających go za “gwiazdora”. Oczywiście, niektóre z tych wątków są w filmie obecne, ale są one zaledwie muśnięte i aż się prosi o więcej.
Reżyser wybrał inną drogę, o której myślę cieplej niż przed obejrzeniem filmu: drogę filmu-plakatu, nieco patetycznego, który pokazuje postać księdza Jerzego na szerszym tle wydarzeń społeczno-politycznych w Polsce, zwłaszcza w latach 80. Nie jest to zły sposób: oto niepostrzeżenie przypominamy sobie Sierpień 80, wprowadzenie stanu wojennego, manifestacje solidarnościowe brutalnie rozpędzane przez ZOMO itd. Dużo miejsca reżyser poświęca wątkowi Grzegorza Przemyka, co na pewno będzie ciekawe dla licealistów. Jeżeli ktoś pójdzie do kina z nastawieniem, że znów wrócą wspomnienia z czasów młodości - nie zawiedzie się, a w kilku momentach mocno się wzruszy.
Akcja filmu z minuty na minutę nabiera tempa: po ślamazarnym początku (scena z walk milicji z leśnymi oddziałami na początku lat 50.), który można było sobie darować, jest mocny, wyrazisty wątek służby wojskowej Popiełuszki-seminarzysty, ze scenami poniżania kleryków. Najlepszy pod względem dramaturgicznym jest dla mnie wątek coraz bardziej zaciskającej się wokół ks. Jerzego pętli SB: tajniacy pod domem, telefony z pogróżkami, nagonka medialna, prowokacja w garsonierze kapłana itd. I świadomość ks. Jerzego, że to się musi skończyć tragicznie, ale że z tej drogi nie ma odwrotu… Momentami ciary idą po plecach…
Zupełnie nie rozumiem zarzutów o to, że jest to film hagiograficzny. Owszem, ks. Jerzy jest w nim przedstawiony jako rycerz niemal bez skazy, ale przecież niewolny od słabości: począwszy od tych malutkich - palił papierosy, a gdy zgodził się na namalowanie swojego portretu, można było w tym upatrywać jakiejś dozy próżności, do większych: bał się tego, co nieuchronnie miało nadejść.
Nie rozumiem też komentatorów, którzy - na podstawie analizy kazań ks. Jerzego - uważają, że gdyby ks. Popiełuszko żył dziś, byłby intelektualnym wsparciem Rodziny Radia Maryja. Tego typu rozważania o tyle nie mają sensu, że nie ma już żadnych możliwości ich weryfikacji. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewien szczegół: Rodzina Radia Maryja jest hermetyczna i dość zamknięta na inne racje. Ks. Jerzy - wręcz przeciwnie, był człowiekiem bardzo otwartym. Przypomina mi się anegdota, jak poprosił aktorkę Danutę Szaflarską o przeczytanie podczas jednej z mszy św. za Ojczyznę jakiegoś wiersza. Szaflarska wzbraniała się, mówiąc, że jest niewierząca. “To nic nie szkodzi” - stwierdził ks. Jerzy. Nie pytał, skąd kto przychodzi, przyjmował człowieka takim, jaki był. Nie wyobrażam sobie, by taką postawę zajęli ortodoksyjni “strażnicy świętego ognia” od o. Rydzyka.
Film o ks. Jerzym warto też obejrzeć, by uświadomić sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, gdy wśród przyjaciół kapłana coraz mocniej odzywają się tendencje do nienawidzenia funkcjonariuszy komunistycznego reżimu, ks. Popiełuszko dramatycznie zarzuca im, że z jego nauk nic nie zrozumieli i że chodzi o to, byśmy - nienawidząc systemu - nie nienawidzili jego funkcjonariuszy. Warto te słowa wyryć sobie mocno w sercu. A sprzeniewierzenie się tej fundamentalnej chrześcijańskiej prawdzie zaczyna się niewinnie: choćby od nazwania psa nazwiskiem nielubianego polityka lewicy (przypadek moich znajomych, który zawsze budził moją irytację).
Po drugie, warto dostrzec, że ks. Jerzy był człowiekiem wolnym wewnętrznie. I takiej wolności zapragnąć. Choćby dla siebie i bliskich.
Mocny atut filmu to aktorstwo odtwórcy roli tytułowej Adama Woronowicza. Woronowicz jest fizycznie (i chyba nie tylko) podobny do ks. Jerzego. Czasami ma się wrażenie, że to prawdziwy ks. Jerzy. Brawo, panie Adamie.
Zgadzam się z red. Zarembą, że słabością filmu jest to, iż reżyser pominął wszelkie kontrowersyjne wątki. Choćby stosunku prymasa Józefa Glempa do ks. Jerzego. Zgadzam się, że zaangażowanie do filmu samego hierarchy, by zagrał siebie, zneutralizowało ten niezwykle frapujący wątek.
Obejrzałbym kiedyś film o ks. Jerzym z pominiętymi w tym obrazie kontrowersyjnymi wątkami i z mniejszą ilością patosu. Ale na razie cieszmy się tym co mamy. I idźmy tłumnie do kin. Naprawdę warto.


