i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-06-29 09:50:45

Portret kobiety w poznańskim Piano Bar przypomniał mi - jak ci wtedy powiedziałem - Madonnę Edvarda Muncha. Widziałem ten obraz przed laty w Nasjonalgallersjet w Oslo. Mimo upływu czasu mam w oczach nie tylko ten portret, ale dziewczynę, która nas wtedy po muzeum oprowadzała. Była piękna i łudząco podobna do kobiety z obrazu. Pomyślałem wówczas, a może już potem, że to nie sztuka odwzorowuje życie, ale odwrotnie życie naśladuje sztukę. A w albumie obrazów Malarza, który od czasu do czasu oglądam, jego autor Ulrich Bischoff tak pisze: „Grupę obrazów ‘miłość rozkwita i umiera’ otwierała Madonna (…) obraz pierwotnie posiadał ramę zdobioną, malowaną lub rzeźbioną dekoracją w formie spermy lub płodów. W późniejszych czasach rama została usunięta. Rama dodawała nagiemu aktowi kobiecemu dodatkowych znaczeń związanych z płodnością i śmiercią (...) Na obrazie uderza to, że klatka piersiowa rozebranej do połowy kobiety jest dziwnie bezcielesna i zawieszona w powietrzu. Wrażenie to tworzą nie tylko szerokie, płynne uporządkowane pociągnięcia pędzla. Efekt wypchnięcia ku przodowi piersi i brzucha potęguje też ułożenie rąk: prawa trzymana za głowa znika w toni koloru, lewa trzymana z tyłu wygląda jakby była związana”. Twarz kobiety jest spokojna, trochę nieobecna, obojętna. Ostatnio wielokrotnie wracam do reprodukcji tego obrazu myśląc o relacji artysta modelka.
Najpiękniej zostało to przedstawione w filmie „La belle noiseuse” z 1991 roku. Modelką, która przypadkowo znalazła się w domu artysty jest Marianne (Emmanuelle Béart), malarzem zaś Edouard Frenhofer (Michel Piccoli). Béart gra niemal wyłącznie nagim ciałem, co jest bardzo trudne bo łatwo popaść w dosłowną wulgarność, ciało modelki jest pełne wyrazu, zmienne, raz chłodne, raz bardzo zmysłowe, seksowne. Całość reżyseruje jednak malarz, wywołuje różne nastroje, gra na emocjach dziewczyny osiągając za każdym razem inne efekty. Ile zależy od modelki, a ile od malarza trudno chyba powiedzieć. Ale kiedy się patrzy na różne obrazy tej samej kobiety można mieć często wrażenie, że widzi się różne postacie. Przekonałem się o tym oglądając twoje fotografie, na których jesteś za każdym razem inna. Dawniej, kiedy jeszcze istniało figuratywne malarstwo mogłabyś być muzą, modelką genialnego malarza.
Wyprawa do Oslo była moim pierwszym wyjazdem za żelazną kurtynę. Był rok 1966, okres gomułkowskiej „małej stabilizacji”. Polscy socjologowie zostali zaproszeni z inicjatywy Johana Galtunga przez swoich norweskich kolegów. Delegacja była liczna, w jej skład wchodzili głównie młodzi socjologowie. Nie pamiętam już wszystkich uczestników wyprawy, ale większość pochodziła z Warszawy: Jacek Kurczewski, Kuba Karpiński, Krzysztof Zagórski, Janek Hoser, z Wrocławia byłem ja i Janusz Goćkowski. Szefową delegacji została chyba Antonina Kłoskowska. Ojczyzna ludowa zafundowała nam bilety, głównie kolejowe, jedynie kilka osób poleciało samolotem i dała łaskawie 5 dolarów, co było w owych czasach obowiązkowym dodatkiem do paszportu.
Podróż była dość długa z całodniowym postojem w Berlinie, następnie pociąg do Sassnitz, prom do Trelleborga, potem Malmö i przejazd do Oslo. Mieszkaliśmy w Holmenkollen, w górskim hotelu, który w zimie był wykorzystywany dla narciarzy biorących udział w zawodach na słynnej skoczni. Był maj, hotel był pusty i zapewne oferował spore zniżki. Tam też toczyły się obrady tego sympozjum. Nie były one szczególnie absorbujące toteż był czas na samodzielne zwiedzanie miasta. Można było pojechać do centrum kolejką, ale oszczędzaliśmy dewizy chodziliśmy więc do miasta piechotą, co zabierało, szczególnie z powrotem pod górę sporo czasu.


