i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-08-03 11:00:52

Muszę przyznać się, że z satysfakcją obserwuję posunięcia liderów PiS w ostatnich dwóch latach. Ponieważ nie zmienili oni swojego autodestrukcyjnego stylu uprawiania polityki: obrażania, pomawiania i posądzania o bóg wie, jakie grzechy wszystkich, którzy się z nimi nie zgadzają, więc też ich wiarygodność powoli, ale stale kurczy się. A wraz z wiarygodnością kurczy się też ich elektorat.
I bardzo dobrze. Uważałem bowiem i uważam nadal Kaczyńskich, Ziobrę i całe to towarzystwo za największe zagrożenie polskiej liberalnej demokracji i kapitalistycznego rynku, jakie pojawiło się w okresie dwudziestolecia zmian ustrojowych. Totalna pogarda dla państwa prawa i własności prywatnej prowadzi do erozji jedynego ustroju, który dał ludziom wolność i szansę zamożności.
Dlatego też cieszę się, gdy mimo gradu pomówień za czasów Ziobry oraz usilnych (przez cały czas!) starań pisowskiej „policji politycznej” w sprawie znakomitego kardiochirurga wszystkie kolejne zarzuty padają jeden za drugim. W innych „pomówieniowych” sprawach dzieje się na ogół podobnie.
Doszło do tego, że jeśli któryś Kaczyński wypowie się – w swoim obsesyjno-pomówieniowym stylu – w jakiejś sprawie, to kolejne badania opinii publicznej wykazują ruch w odwrotnym kierunku. To znaczy, że ludzie – znając już naszych ulubieńców – traktują ich poglądy jako „obciach” od którego (znając sprawę czy też nie) najlepiej jest się zdystansować. Można tylko wyrazić nadzieję, że trend ten utrzyma się do wyborów i pożegnamy Lecha Kaczyńskiego jako Prezydenta z angielskim porzekadłem: good bye, and good riddance, a w ślad za tym doczekamy się powrotu PiS do miejsca skąd wyszedł.
Pewien felietonista nazwał Jarosława Kaczyńskiego „anty-Midasem”, gdyż czegokolwiek dotknie się – zamienia się to w ... powiedzmy dyplomatycznie w swoje przeciwieństwo. Są jednak pewne granice tego „antymidasowania”. Ponieważ spora część społeczeństwa instynktownie przesuwa się – jak pisałem – w kierunku odwrotnym od tego, który wskazują Kaczyńscy, więc też pojawiają się niekiedy budzące niepokój, a przynajmniej niesmak, przesunięcia. Otóż w niedawnej ankiecie 44% ankietowanych obywateli oceniło pozytywnie czasy PRL-u, a tylko 43% oceniło je negatywnie.
Zafrasowałem się poważnie, bowiem o czasach PRL-u mam zdanie jak najgorsze. Nawet jeśli – jak mawiano – PRL był najbardziej humorystycznym barakiem w obozie socjalizmu, był to barak cuchnący brudem, biedą i wszechobecnym tandeciarstwem. Barak, którego standardy ekonomiczne coraz bardziej odbiegały od standardów mieszkań w świecie zachodnim, od którego to świata zostaliśmy oddzieleni siłą. A mówię tylko o standardach ekonomicznych, bo jeśli idzie o standardy polityczne, to znaleźliśmy się w świecie nieznanego nam przedtem barbarzyństwa.
Generalnie, jak wynika z tego, co napisałem powyżej, mój stosunek do Jarosława Kaczyńskiego i liderów kaczyzmu jest jednoznaczny. Chciałbym, żeby się od nas od... i wrócili do swojego zaścianka, w którym będą mogli nadal hodować swoje obsesje i fobie. Ale biorąc pod uwagę to, jak daleko zapędził się Jarosław Kaczyński w swoim „antymidasowaniu”, wyjątkowo zwrócę się z apelem do szefa „Pisneylandu” (wedle definicji Tomasza Lisa). Niech Pan wypowie się parę razy pozytywnie o latach PRL-u! Znając Pańskie talenty i reakcje na nie naszych obywateli, następne ankiety przyniosą na pewno zdecydowany zwrot w kierunku bardziej krytycznego spojrzenia na najbardziej humorystyczny barak w obozie socjalizmu...


