i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-04-08 18:19:13

Zgadzam się, że skonstatowanie poziomu czytelnictwa młodzieży, także studenckiej, może być stresujące dla ludzi, powiedzmy, starej lub przynajmniej starszej daty. Nie sądzę jednak, że narzekania coś zmienią w tym względzie, a na pewno, nie trzeba tworzyć, jak czyni to Eco, filozofii tego zjawiska. Należę do pokolenia starej daty, aczkolwiek nie wiążę z tym jakiejkolwiek oceny, dodatniej lub ujemnej. Podkreślam to dlatego, aby zaznaczyć, że to i owo widziałem. Ojciec mojego przyjaciela, urzędnik pocztowy z przedwojenną maturą potrafił recytować z pamięci obszerne fragmenty z Homera w oryginale i zżymał się, że studenci, rówieśnicy jego syna i moi, na ogół nie znają nawet łaciny, a jeśli nawet znają, to daleko im do recytowania Horacego czy Wergiliusza. Zachowywał się podobnie, jak dzisiejsi utyskiwacze na poziom czytelnictwa wśród młodzieży. Wszelako kultura masowa ma swoje prawa i nie odwrócimy jej procesów. Tak jak kiedyś języki nowożytne wyparły antyczne, a druk kaligraficzne pismo, tak teraz filmy wypierają książki, a Internet inne formy komunikacji. Nie ma od tego odwrotu, podobnie jak nie ma powrotu do maszyny do pisania. Każdy, kto napisał książkę na maszynie, a mnie zdarzyło się to kilka razy, dziwuje się dzisiaj, że było to w ogóle możliwe. Pewnie tak samo myśleli ci, którzy są twórczość pisarską zaczynali od pisma ręcznego, a kończyli na maszynowym.
Nic też na to nie poradzimy, że produkty kultury masowej są inne niż elitarnej. Celowo napisałem „inne” a nie „gorsze”. Nie należy bowiem zestawiać tego, co obecnie jest przeciętne z tym, co dawniej było bardzo dobre lub nawet dobre. Każda epoka ma swoją przeciętność i szmirę, a trudno to porównywać z tym, co było dawniej. Nas razi większość filmów niemych i pierwszych dźwiękowych, natomiast nasze dzieci zasypiają przy 90% produkcji powstałych jakieś 40 lat temu. Moja córka studiująca aktorstwo nie może zrozumieć, dlaczego aktorzy w filmie „Zezowate szczęście” mają tak sztuczną dykcję. Uważa film za znakomity, ale właśnie poza sposobem mówienia.
Nie chcę jednak twierdzić, że wszystko jest cacy. Kilkadziesiąt lat temu w trakcie egzaminów wstępnych postanowiliśmy z pewnym profesorem przeprowadzić test znajomości kultury. Polegał on na tym, że po zakończeniu pytania z historii i geografii zadawaliśmy kwestie z historii kultury, o kompozytorów, pisarzy itd. Kandydaci byli informowani, że odpowiedzi na dodatkowe zapytania nie mają wpływu na ocenę. Wszelako następnego dnia dziekan zrobił nam awanturę, że wykraczamy poza program i mogą być z tego kłopoty przy odwołaniach. Mimo naszych tłumaczeń zakazał nam kontynuowania testu. Otóż, jak sądzę, to, co groźne w obecnym stanie rzeczy, nie polega na nowych formach obcowania z kulturą, ale na wytwarzaniu pozorów nowoczesności. Rozmaite sylabusy, znormalizowane testy, ściśle określone programy nauczania od przedszkola do studiów, przepisane lektury zabijają jakąkolwiek indywidualność i prowadzą do niskiej, a nie przeciętnej kultury. Człowiek to takie zwierzą, które zawsze wybiera to, co łatwiejsze. Jeśli więc daje się sztuczną łatwiznę zamiast minimalnego, ale autentycznego wysiłku, skutki są smutne. Twierdzę, że tendencja do łatwizny zawsze miała miejsce, vide bryki z lektur, kiedyś bardzo popularne, ale obecnie króluje i jest publicznie wspierana.


