i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-07-28 13:00:20

Zachwycił mnie tekst Anny Martens „Rzeszów to...”. Zachwycił i wzruszył. I zapewne pozostałbym z tym wzruszeniem i w tym zachwycie gdyby nie zdanie adresowane do Autora tekstu „Jest mi wstyd”: „żal mi Pana – Panie Kopff”. Nie tylko dlatego, że nie jest ono zbyt eleganckie, ale przede wszystkim dlatego, że jest błędne. Oczywiście Pani Martens może żałować Pana Kopffa i wzajemnie, co nie ma nic do rzeczy, jeśli dyskurs prowadzony jest publicznie i o sprawach, które tylko pośrednio są osobistymi. Ale, przyznać muszę, zdanie to jest w pewnym sensie uzasadnione tytułem tekstu Antoniego Kopffa. Bo dlaczego i z jakiego powodu ma Mu być wstyd? Jeśli się wstydzi to można Mu współczuć, ale ten wstyd jest kwestią równie osobistą, jak osobiste jest współczucie, które deklaruje Mu Anna Martens. Można byłoby Oboje z tymi wzajemnymi sentymentami – resentymentami zostawić gdyby nie fakt, że sprawa jednak warta jest dyskusji.
Anna Martens ocenia Rzeszów i Podkarpacie z perspektywy osobisto-emocjonalnej. Jest to perspektywa, która nie podlega i nie może podlegać dyskusji. Rzeszów ani Podkarpacie nie są żadną moją „małą ojczyzną”, ojczyzną prywatną, jakby ją określił Stanisław Ossowski, ale mimo to podzielam sentymenty Ani Martens. Do Rzeszowa przyjechałem z Warszawy w 1983 roku, gdy kończył się właśnie stan wojenny. To było bardzo brzydkie miasto, prawie tak brzydkie jak Radom. Przyjechałem tu na dwa lata i te dwa lata trwać będą zapewne jeszcze trochę, do mojej śmierci. Miasto wypiękniało. Nadal pozostaje miastem o ludzkiej skali. Gdy tu przyjeżdżałem nie było ani jednej z prawdziwego zdarzenia kawiarni, teraz knajp i knajpek, kawiarni, kafejek i pubów nie brakuje. Gdy tu przyjechałem, w pięknej filharmonii o wspaniałej akustyce grała orkiestra amatorska, której zdarzało się haniebnie fałszować, dzisiaj to jedna z lepszych orkiestr w Polsce. Do teatru też warto się wybrać. Aktualny Prezydent jest jednym z najlepszych prezydentów miast w Polsce. Ale – co chyba jednak najważniejsze – poznałem tu wspaniałych ludzi, z którymi łączą mnie więzy przyjaźni, a równocześnie stare, warszawskie przyjaźnie, choć nie wszystkie na szczęście, wyblakły. Z tego wcale nie wynika, że nie ma miast piękniejszych – są i znam je; z tego nie wynika także, iż w tamtych miastach nie spotkałbym wspaniałych ludzi, z którymi bym się przyjaźnił; spotkałbym na pewno.
A więc Antoni Kopff nie ma racji sądząc, że jest to zadupie, zaścianek i prowincja? O, tego bym nie powiedział. Co więcej, doskonale rozumiem Autora „Jest mi wstyd…”. Pod wieloma względami ma rację. Racji tych, które Jego skłoniły by Rzeszów opuścić, może nie dostrzegać Anna Martens. I dobrze. Ja je dostrzegam, choć wcale mnie nie skłaniają, aby Rzeszów porzucić, choć mógłbym. I na tym można byłoby rzecz zakończyć, ewentualnie dodając, że różne bywają ludzkie wybory, tak jak różne są potrzeby i preferencje różnych ludzi. Nie powód, aby się wstydzić tych, którzy mają inne i nie powód aby współczuć tym, którzy nie podzielają naszych.
Powiedzenie Stalina – śmierć jednostki jest dramatem, śmierć milionów statystyką, nie jest tylko samousprawiedliwieniem polityki tego zbrodniarza, ale odwołuje się do pewnej prawdy, którą można przełożyć na język mniej dosadny i okrutny – to, co dotyczy jednostki ma wymiar losowy i nie poddaje się naukowej analizie, to co odnosi się do wielu ludzi ma charakter prawidłowości, które podlegają wyjaśnieniu. Zajmijmy się więc prawidłowościami.
Pęka nam Polska prawie na pół. I wcale nie chodzi tu o to, że jedni byli za Kaczyńskim, drudzy za Komorowskim, jedni są w Polsce A, drudzy w Polsce B, jedni mieszkają na zachód od linii Wisły, inni na wschód, choć po trochu chodzi o to wszystko właśnie. Tylko, że te różnice są drugorzędne a przynajmniej zewnętrzne, powierzchowne. Prawdziwe różnice tkwią głębiej.
Statystycznie modelowy wyborca PIS-u i Kaczyńskiego ma wykształcenie podstawowe i najwyżej zawodowe; mieszka na wsi lub w małym miasteczku; jest oczywiście katolikiem, ale jego religijność jest tradycyjna, raczej płytka i przykościelna, parafialna; nawet jeśli psioczy na pazerność proboszcza uznaje w nim autorytet władzy; jest bardzo rodzinny, nawet jeśli zdradza żonę; nie ufa obcym, ale jest bardzo przywiązany do swoich; jest odświętnym, tradycyjnym patriotą, podatnym na wpływ symboli oddziałujących na emocje. Do transformacji ma stosunek ambiwalentny, nawet jeśli docenia zmiany, nie czuje się ich beneficjentem, skłonny jest sądzić, że ponosi przede wszystkim ich koszty, nie partycypując w zyskach. I to jest statystyczny mieszkaniec Podkarpacia właśnie.
Statystycznie modelowy przeciwnik PIS-u i Kaczyńskich ma wykształcenie wyższe od średniego; mieszka raczej w dużym mieście; zdarza się, że jest niewierzącym, a jeśli jest katolikiem uważa, że jest to jego sprawa prywatna, bo jest zwolennikiem rozdziału Kościoła od Państwa; więzy rodzinne odgrywają u niego mniejszą rolę, są raczej efektem wypowiadalnej w każdej chwili umowy społecznej; jest otwarty na świat i obcych, ale przywiązanie do swoich, patriotyzm odgrywa dlań rolę drugorzędną; do tradycyjnych symboli miewa stosunek dystansowy a bywa, że ironiczny, decyduje o tym jego racjonalny, często nawet instrumentalny stosunek do wartości. I taki jest statystyczny warszawiak (poznaniak, wrocławianin…) właśnie.
Anna Martens pisząc swój piękny, sentymentalny tekst nie zauważyła być może, że w pewnym momencie przyznaje rację swemu oponencie pisząc, że do tego pięknego, swojskiego, przytulnego Rzeszowa wielu ludzi powraca. Na starość, wtedy gdy chce się mieć więcej ciszy i spokoju. Ale młodzi, przedsiębiorczy, dynamiczni, złaknieni świata wciąż jeszcze wyjeżdżają (wiem coś o tym, bo niektórzy z nich to moi byli magistranci). I nie ma w tym nic dziwnego – w końcu im większe miasto, tym więcej oferuje możliwości zawodowej kariery – gdyby nie pewna niezbyt sympatyczna prawidłowość. Otóż nie jest prawdą, że młody człowiek zdolny, świetnie wykształcony łatwo bez żadnych „układów”, znajomości, koneksji (najlepiej rodzinnych) znajdzie w Rzeszowie pracę. W Warszawie tak, w Rzeszowie gorzej. I to jest, Pani Anno, prawidłowość! Siła pionowych więzi społecznych, przede wszystkim rodzinnych, skorelowana jest pozytywnie z tendencją do powstawania różnorakich „brudnych wspólnot”. Prawidłowość tę badał m. in. Robert Putnam we Włoszech. Skala nepotyzmu i różnych przejawów klientelizmu a nawet korupcji, mnie, warszawiaka, zdumiewała w Rzeszowie. Kiedyś to opiszę ze szczegółami i z nazwiskami wtedy, gdy nie będzie mnie już obchodziło czy w sądzie się z zarzutu zniesławienia wybronię czy nie. Oczywiście nie oznacza to bynajmniej, że Warszawa jest bardziej moralna. O nie. Tylko tam szwindle są na większą skalę i – w pewnym sensie – gdzie indziej. Na Uniwersytecie Warszawskim jest nie do pomyślenia, aby profesor po egzaminie przyjmował koniak czy przed egzaminem – to nie są fakty zmyślone! – zapowiadał studentom co sobie życzy w prezencie.
Na tym się jednak sprawa nie kończy. Socjologowie rejestrują dziś powstanie nowej klasy – klasy metropolitarnej lub – jeśli ktoś woli – globalnej. W gruncie rzeczy ona wcale nie jest taka nowa, ale to opowieść na inną okazję. Oto młoda kobieta. Studia ukończyła w USA. Pracowała po studiach w jednym z największych amerykańskich koncernów w trzech krajach – Polsce, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. W każdym mniej więcej po dwa lata. Potem, złowiona przez headhuntera, przez rok pracowała w Niemczech. Teraz mieszka i pracuje w Szwajcarii. Jej partner życiowy, jak się to dziś pięknie mówi, mieszka i pracuje w Londynie. Każdy weekend spędzają razem w jednym z trzech mieszkań, którymi dysponują, w trzech różnych krajach. Zapytani czy kiedyś, gdzieś osiądą na stałe odpowiadają, że pewnie tak, ale gdzie i kiedy nie wiadomo, to zresztą zbyt odległa przyszłość, aby się nad nią zastanawiać. Proszę im nie współczuć, Pani Aniu, oni są produktem, efektem indywidualizacji, która – ma tu rację Ulrich Beck – wcale nie oznacza atomizacji, samotności. Indywidualizacja ta oznacza wykorzenienie ze starych stylów życia społeczeństwa przemysłowego i zakorzenienie w nowych, w których oni, jako jednostki – tu kłania się Giddens ze swoją refleksyjnością – inscenizują, komponują, konstruują, reżyserują swoje biografie.
Ale na drugim biegunie, jakby w odpowiedzi na proces rodzenia się tej klasy mamy do czynienia z reakcją. Ma ona Janusowe oblicze. Z jednej strony mamy mniejszość tych, którzy wracają do wartości utraconych wcześniej, jeszcze w świecie społeczeństwa przemysłowego. Tych, którzy próbują reaktywować świat wartości przednowoczesnych, przedprzemysłowych, świat wielkiej rodziny, więzi sąsiedzkich, natury i nieprzetworzonej żywności (także duchowej). Ale z drugiej Janus pokazuje inną, większą, groźniejszą gębę. Z drugiej strony mamy motłoch – ksenofobiczny, wrzeszczący pieśni religijne i patriotyczne (motłoch nie śpiewa, motłoch wrzeszczy), poddający się emocjom zawsze negatywnym, motłoch, który nienawidzi.
I na koniec. Pisze Anna Martens: „… to jak głosują mieszkańcy Rzeszowa, jakie podejmują decyzje polityczne, to tylko i wyłącznie ich sprawa”. No, tego już bym nie powiedział. Jak głosuje Jan Kowalski – jego sprawa. Co prawda zastanawia mnie jak wykształcony, świadomy Polak, polski inteligent, jeśli pojęcie to jeszcze coś znaczy, może głosować na PIS, ale nie widzę powodu, aby zrywać czy nawet schładzać przyjaźnie z ludźmi, którzy głosowali na Kaczyńskiego i nawet po jego ostatnich, skandalicznych wybrykach nie chcą go opuścić. A mam takich przyjaciół i nie widzę powodu, aby dodawać tu słowa – „niestety”. Mają do tego prawo. Ich sprawa. Ale jest to „ich sprawa” w perspektywie indywidualnej.
Nie jestem psychiatrą więc nie mam podstaw by wyrokować czy Kaczyński jest czy nie jest paranoikiem. Ale nie mam wątpliwości, że uprawia politykę paranoiczną, szkodliwą dla Polski, bo niszczącą fundamenty polskiego życia społecznego. Kaczyński, sącząc w chłonne, bo intelektualnie bezradne umysły ludzi niewykształconych i prostych, podatnych na płynącą z ambon prymitywną polityczną propagandę, swoje spiskowe obsesje, niszczy i tak w Polsce, a na Podkarpaciu szczególnie, wątły społeczny kapitał zaufania. Napisałem „obsesje”, ale obawiam się, że to odnosić się może – co do tego trudno mieć wątpliwości – do takiego Maciarewicza, ale nie do Kaczyńskiego. W jego przypadku mamy prawdopodobnie do czynienia z cynicznym, świadomym, politycznym zamysłem. I właśnie jako Polaka, w drugiej kolejności, jako względnie świeżo upieczonego podkarpackiego, lokalnego patrioty, nie jest mi obojętne, że moi współobywatele – sąsiedzi, są społecznym zapleczem człowieka, który szkodzi Polsce, który staje się przywódcą polskiego motłochu.
Student


