i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-06-01 09:25:54

Demokracja, choć formalnie stanowi rządy ludu, potrzebuje swojej arystokracji. W antycznej Grecji, klerotoi ek procrioton (wybrani spośród wybranych), byli nie tylko produktem, ale i świadectwem zbiorowej mądrości ludu. Elita, będąc arystokracją z wyboru, nie obraża więc demokracji, ale ją uzasadnia, dlatego w autentycznej demokracji nie ma miejsca na pogardę dla elity. Mówiąc o „wyborze” nie mamy tu rzecz jasna na myśli klasycznego głosowania, ale powszechne uznanie, które przecież jest w pewnym sensie świadomym wyborem. Czy z tego wynika, że obawy konserwatywnych liberałów europejskich i amerykańskich od Tocqueville'a przez amerykańskich Ojców Założycieli, aż po Webera i Ortegę y Gasseta, że demokracja sprzyjać będzie miernotom i przez powszechne prawo wyborcze doprowadzi do "rządów motłochu" były płonne? Obawy te, jak się okazało, były prawdziwe, chociaż przedwczesne.
Rządy motłochu nie tyle są produktem samej demokracji, co efektem jej schyłku. Demokracja w końcu XX wieku niewiele ma już wspólnego z demokracją XIX-wieczną, ani nawet tą z początku stulecia. W XIX wieku system demokratyczny, wywalczony przez kolejne rewolucje i społeczne wstrząsy, ograniczony do niedużej liczby krajów, był w sumie zdobyczą, wytworem elit. W wieku XX jednak nawet reżim komunistyczny w swej totalitarnej, stalinowskiej fazie uzurpuje już sobie prawo do miana prawdziwej demokracji. Pod koniec tego stulecia zaś przekonanie o definitywnym zwycięstwie demokratycznego systemu politycznego i rynkowej gospodarki jest tak powszechne, że skłania Francisa Fukuyamę do obwieszczenia końca historii, rozumianego rzecz jasna nie jako koniec dziejów w ogóle (jak zdawali się sądzić ci, którzy bestsellera Fukuyamy nie doczytali do końca), ale jako koniec historii w rozumieniu heglowskiego następstwa epok.
Historia demokracji od samych jej początków jest właściwie historią włączania w jej system kolejnych grup społecznych – niewolników, biednych, kolorowych, kobiet. Demokracja była systemem politycznym rodzącym się w konwulsjach buntów, rewolucji i wojen, ograniczonym do nielicznych krajów; była ekskluzywną zdobyczą, elitarnym owocem walki elit w imieniu mas i dla mas. To elity upominały się o prawa wykluczonych, bywało zresztą, że przy obojętności czy nawet niechęci tych, w których imieniu o te prawa występowano. Obojętność, niechęć, mogły się odnosić do rozszerzania demokratycznych uprawnień na pozbawione tych uprawnień mniejszości, ale nie rozrywało to związku między elitą a masami. Demonstracja wyższości, pogardy wobec mas, nie mieściła się w normie postawy reprezentanta elity, przeciwnie, była czymś, co z elity wykluczało. Z drugiej strony zaś dziełem elit były standardy – wzory postaw i zachowań – będące punktami wartościującego odniesienia dla tzw. prostych ludzi i stanowiło niekwestionowane uzasadnienie społecznego autorytetu ludzi elity.
Dzisiaj w zasadzie nie ma już grup wyłączonych z uczestnictwa w demokracji, grup, o których prawa należy dopiero zabiegać. Zamiast tego mamy do czynienia ze zjawiskiem innym – samowyłączania się z udziału w demokracji różnych grup społecznych, dla których demokracja przestała być wartością. Fakt, że nie ma już dzisiaj grup społecznych ani zbiorowości wyłączonych z demokracji zmienia dotychczasową relację między elitą a masami. Elita traci poczucie misji, obowiązków wobec „prostego człowieka”, jej miejsce zajmuje odczucie dystansu, manifestacja wyższości, tym bardziej ostentacyjna, im bardziej pusta. Jakby w odwecie „prosty człowiek” nie obdarza już przedstawicieli elity kultem ani nawet szacunkiem.
Pojawia się zjawisko do tej pory nieznane – lekceważenie i pogarda wobec elit. I tam właśnie gdzie giną elity, czy ściślej, ginie ich związek z masami, pojawia się motłoch.
Z jednej strony wygląda to tak: skoro nie trzeba już walczyć o prawa dla mas, elita nie jest już potrzebna. Skoro nie jest już potrzebna, nie jest już słuchana. Skoro jednak, pomimo, że nie jest potrzebna, istnieje bezczelnie nadal - odmienna i bezzasadnie uprzywilejowana (choćby finansowo) – zasługuje na słuszną nienawiść nas – „zwykłych ludzi”. To frustrujące, że coś tak niepotrzebnego jak elita uważało się lub było uważane, za lepsze od mas. To frustruje – a frustracja rodzi agresję.


