i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-10-22 10:54:29

Panujących pamiętamy według ich imion. Tak uczymy się o nich w szkole. Najwyżej dodajemy do imienia władcy przydomek, ale tak czy owak imię jest tu najważniejsze. Wilhelm Zdobywca, Bolesław Śmiały albo Pobożny.
W czasach monarchii dynastycznych, w których władzę sprawować mógł jedynie członek danego rodu, imię było wystarczającym wyróżnikiem z racji ograniczonej liczby pretendentów do tronu. Zarówno imion, jak członków panującej dynastii ilość była skończona, a nawet imion było więcej. Jak nastała demokracja sprawy się pokomplikowały. Przynajmniej w teorii prezydentem może zostać każdy obywatel posiadający bierne prawo wyborcze. Liczba uprawnionych do władzy (przynajmniej teoretycznie) jest nieskończenie większa niż liczba imion, które pozostają w naszej dyspozycji. W rezultacie musimy się uczyć nazwisk prezydentów a nie ich imion.
Od pewnego czasu wyjątkiem stała się Polska. Na scenę polityczną wróciły imiona, zupełnie jak w wiekach średnich. Nawet uczniowie w szkole muszą się już uczyć, że jeden jest Lech, drugi Jarosław. Przydomków jeszcze nie mają – przynajmniej takich, które można by bez konsekwencji prawnych używać publicznie, ale pewnie niedługo zostaną im nadane. Uczniowie być może będą się więc uczyć o Jarosławie Łagodnym i Lechu Wielkodusznym. Sprawa przydomków pozostaje zresztą otwarta, podobno Rada Bezpieczeństwa Narodowego już nad tym pracuje. Jej skład personalny sprawia, że podejmowanie decyzji w kwestiach takich jak omawiana i podobnych może się ona czuć w pełni kompetentna. A sprawa staje się pilna. Lech jeszcze jest u władzy, a Jarosław powrót do władzy zapowiada.
A mówiąc bardziej serio kwestia imion nie jest jedyną, która za sprawą Kaczyńskich cofa Polskę do czasów minionych.


