
Tak zwana „Lista Filadelfijska” jest spisem czasopism, które uzyskują najwyższe wskaźniki cytowań w świecie. Sposób obliczania tego wskaźnika jest miarą poczytności danego czasopisma i zajmuje się tym Thomson Institute for Scientific Information. Dołożono więc wielu starań, aby to kryterium było sensowne i obiektywne. Czy jest optymalne? Na pewno można wymyślić lepsze, tak jak można stworzyć lepszy ustrój niż demokracja – tylko nikomu się to jeszcze nie udało.
Wymagania stawiane przed potencjalnym autorem są ogromne: 1. Istotny wkład i ważność publikowanego artykułu dla reprezentowanej dziedziny nauki. 2. Profesjonalny i interesujący sposób przedstawienia problemu. 3. Precyzyjny opis stosowanych metod badawczych. 4. Cytowanie aktualnej i uznanej na świecie literatury. 5. Dostosowanie publikacji do wymagań edytora. 6. Pozyskanie wybitnych recenzentów i gotowość do uwzględnienia ich sugestii. 7. Nienaganny język angielski.
Moja praca doktorska stanowi najlepszy przykład badań „niekwalifikowanych” jako nadające się do JCR. Jestem więc w gronie tych, którzy wobec owego kryterium czują się pokrzywdzeni, oszukani i bezradni. A przecież wszystko co robię ma „wiekopomne” znaczenie i środki finansowe na moje badania powinny być przyznawane mimo, a nawet wbrew punktacji za publikacje. Wszak ostatnie prawie cztery lata życia poświęciłam niezwykle zawiłej, złożonej i czasochłonnej analizie pewnych aspektów wyobraźni symbolicznej w poezji polskich, francuskich i belgijskich twórców przełomu XIX i XXw.
No cóż, stając twarzą w twarz z listą punktowanych czasopism mam nieodparte wrażenie, że nie ma tu dla mnie miejsca. Rzeczywistość przytłacza, kiedy chcemy udowodnić, że nasze badania to coś więcej niż hobby, niż realizacja pasji, szeroko pojmowanej „misji” propagowania polskiej kultury również poza granicami kraju. Ale ta „misja” (zresztą w polskiej mentalności słowo misja jest już wystarczająco semantycznie obciążone) nie przynosi profitów. Niezaprzeczalnie jednak promowanie poezji takich twórców jak Staff czy Leśmian jest nieocenionym wkładem w krzewienie polskiej kultury na ziemiach obcych. W moim odczuciu konieczna jest nawet rekompensata za poniesione straty moralne wynikające ze zmagań z neologizmami wyżej wspomnianego Bolesława, którego poezja niejednego tłumacza przyprawia o zawrót głowy. Dziś trudno polskim studentom wyjaśnić bogate i niezwykle nowatorskie twory językowe w stylu „zaniedyszeć”, „śnigrobek” czy „przegib”, a co dopiero przełożyć je na język obcy zachowując cały kunszt mistrza.
Muszę powiedzieć, że mam niezwykłe szczęście, ponieważ wiem już dziś, że mojej rozprawy bronić będę przed gronem znakomitym. Otóż zgromadzą się z tej okazji w jednym miejscu wszyscy specjaliści, którzy na całym świecie podobne badania prowadzą. Będzie to oszałamiająca liczba pięciu osób: moja promotorka – profesor Sorbony, dwóch francuskich specjalistów literatury porównawczej, belgijski wybitny profesor i tłumacz poezji okresu symbolizmu i amerykański znawca literatury polskiej. Uczciwie muszę przyznać, że Amerykanin pojawi się przez przypadek, ponieważ akurat ma dwuletnią umowę na wykłady w Paryżu. Ale jego obecność daje mi nadzieję, że gdybym po kolejnych czterech latach pracy, jakimś cudem osiągnęła cel i przetłumaczyła moje dokonania na język angielski i kolejnym cudem moje badania opublikowano by, to w „amerykanocentrycznym” rankingu publikacji i cytowalności mogłabym liczyć na jednego oddanego czytelnika. Może nawet amerykański profesor któregoś dnia wpadłby na szalony pomysł zacytowania moich przemyśleń.
Kapitalizm jest na tyle wrednym ustrojem, że autor książki o nakładzie stu egzemplarzy zarobi co prawda na chleb, ale z masłem może być kłopot. Natomiast Ludlum publikując kolejne prymitywne sensacje, zarabiał na tym tyle, że latał prywatnym odrzutowcem. Jest to głęboko niesprawiedliwe, ponieważ biorąc pod uwagę zawartość merytoryczną (o wartości dzieła nie będę dyskutować) jego odrzutowiec powinien należeć do mnie.
Dyskusja o „Liście filadelfijskiej” jest w rzeczywistości dyskusją o istocie kapitalizmu. W tym niewdzięcznym ustroju zasady są niesprawiedliwe, ale bardzo przejrzyste. Autor GLOBALNIE dostrzeżony i doceniony, jest też „GLOBALNIE” wynagradzany.
Ania T - niesprawiedliwość nasza codzienna
2009-11-23 18:18:33
Czym innym jest wartość „potu” a czym innym „polotu”.
I nie należy ich zestawiać w kategoriach „sprawiedliwości” i głębi merytorycznej w relacji do wynagrodzenia.
Sprzedaje się to, co ludzie rozumieją , chcą czytać i kupują.
I choć żadna moja złotówka nie złożyła się na odrzutowiec Ludluma, bo nie znam żadnej jego książki – uważam, że słusznie ma ten odrzutowiec.
P.S. czy znamy jakiś „sprawiedliwy” ustrój?
Paweł Przywara (pawel_przywara@yahoo.com) - Kapitalizm?
2009-11-23 22:33:37
Nawiązując do tego, co napisała Pani na temat semantycznego obciążenia słowa „misja” w polskiej mentalności, rzekłbym, że dokładnie tak samo jest ze słowem „kapitalizm”. Ono akurat w naszych polskich warunkach powinno być używane z dużą ostrożnością, zważywszy choćby na fakt, iż mamy ponoć „społeczną gospodarkę rynkową”, co powinno się chyba przekładać na „socjal-kapitalizm” albo nawet na „socjalizm w kapitalistyczną twarzą” :) Po drugie, wracając do kwestii ewaluacji tego, co wchodzi spod ręki jakiegoś badacza (w formie takiego czy innego tekstu) ja wcale nie jestem pewien, czy w świecie nauki panuje kapitalizm jako np. wolny rynek idei.
Wiemy z historii nauki, że z tą konkurencyjnością różnie bywało i różnie bywa do dziś, z tego prostego względu, iż naukowcy potrafią – tak jak i inne grupy zawodowe – tworzyć korporacje, a nawet towarzystwa wzajemnej adoracji, by nie rzec - koterie. Doskonale to widać na konferencjach naukowych, na które uczeni z jakiegoś (np. warszawskiego ośrodka) nie przyjeżdżają, bo organizatorem jest „jakiś” np. Kraków lub Rzeszów, wyraźnie widać to w pismach naukowych, które – oczywiście w wyniku zbiegu okoliczności – publikują głównie prace autorów skupionych w danym ośrodku akademickim, który wydaje dany tytuł itd. Na szczęście naukowcy amerykańscy (z którymi wielokrotnie korespondowałem, a i miałem okazję osobiście się spotykać) potrafią być o wiele bardziej otwarci na „prowincję” aniżeli naukowcy zgrupowani w tej czy innej „stolicy Polski” :) – a co ciekawsze, szczególnie interesuje ich to, co krytycznego i nowego ma się do powiedzenia, nie zaś to, co się ma do powtórzenia za tymi wszystkimi naukowcami, którzy mówili czy publikowali przed nami.
Nie zmienia to jednak faktu, iż obraz, w którym to, co się ukazuje w świecie anglosaskim, ma stanowić wzorzec naukowości oraz profesjonalizmu badawczego, jest mocno wyidealizowany. Owszem, książki i pisma tam wydawane są pod względem edycyjnym doskonałe, ale wiele publikacji jest zwyczajnie banalna lub wtórna wobec tego, co już po wielokroć zostało powiedziana. Wiele z nich to relacje z wyważania otwartych drzwi, czyli z „niesamowitych odkryć” tego, o czym wcześniej w świecie anglosaskim nie pisano zbyt wiele, a co już dawno zostało zbadane np. w starożytności lub choćby gdzieś w Europie. Nie brakuje tekstów naginających rzeczywistość do teorii lub też dokonujących interpretacji jakichś koncepcji na poziomie intelektualnym przeciętnego studenta.
Co do nauki amerykańskiej, to cały czas trzeba pamiętać, ale i przypominać samym Amerykanom, iż jej potęga w olbrzymiej mierze wyrosła dzięki 1) emigracji wielu uczonych ze Starego Kontynentu, którzy uciekali przed prześladowaniami hitlerowskimi czy sowieckimi, 2) studiowaniu (późniejszych słynnych) amerykańskich naukowców u ich europejskich mistrzów. O ile więc w XX wieku (zwłaszcza od okresu II wojny światowej), amerykański świat nauki stał się rzeczywiście „hegemonem”, o tyle w XIX w. stanowił bardzo ubogiego krewnego tego świata, który przez długie wieki rozwijał się w Europie. Pozostaje więc pytanie, czy te traktowane już jako „oczywiste” i właściwie „niepodważalne” standardy amerykańskie (mocno pragmatystyczne, dodajmy) dotyczące ewaluacji tego, co relewantne w nauce, nie stanowią wyrazu pewnej arogancji, a zarazem... braku zrozumienia dla tego, co stanowi istotę nauki. Wydaje się bowiem, że to, co wartościowe (jeśli nie bezcenne i mogące trwale zmienić oblicze naszej wiedzy o świecie) może powstać także na zupełnej prowincji, o czym świadczy historia Kopernika, Kanta, Tarskiego (wchłoniętego po wyjeździe z Polski przez naukę amerykańską) i wielu innych.
Poza tym Platona i Arystotelesa też nie ewaluowano wedle tych standardów, a czytają ich w większości uczelni, po dziś dzień.
Ania T - Waga (nie)powagi - Anna Martens
2009-11-24 07:24:47
Jak zwykł mawiać mistrz Dali "Jestem jednym z największych błaznów moich czasów. Nikt nigdy, nawet ja, nie będzie wiedział, czy książki, które napisałem, należy traktować serio czy jako bredzenie szaleńca. Bardzo często w życiu to, co uważam za wygłupy robione ku uciesze gawiedzi, staje się tematem poważnych, zgoła tragizujących komentarzy. I na odwrót, to, nad czym długo i ciężko pracowałem, uchodzi za dziecięce figle pozbawione wszelkiej wartości."
Wszystko więc w rękach losu i intelektów ludzkich – aby we właściwym momencie nasze słowa były odczytane zgodnie z naszymi intencjami. Czego z serca sobie życzę.
;-)