i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-01 12:51:04

Na naszym stuleciu złowrogim piętnem odcisnęły się dwie wielkie ideologie – faszyzmu i komunizmu. W światowej literaturze – politologicznej, socjologicznej i filozoficznej – napisano wiele prac porównujących ze sobą te dwa systemy, które dla jednych leżą na antypodach, innym zaś jawią się jako bliźniacze. Akcentowanie to podobieństw, to znów odmienności, miało w tej literaturze swoje fazy związane z meandrami polityki międzynarodowej.
Rezolucja OBWE przyjęta w sierpniu 2009 roku w Wilnie zrównuje nazizm ze stalinizmem, co wywołało rzecz jasna protesty Moskwy, czemu dziwić się trudno. Żadna rezolucja jednak, nawet najbardziej szacownej instytucji, nie ma mocy intelektualnego dowodu. Ale równocześnie żadna, najlepiej nawet udokumentowana praca naukowa nie ma mocy dezawuowania politycznych decyzji, ani – tym bardziej – zmieniania społecznej opinii i przekreślania stereotypów.
Nie jest sprawą przypadku, że wspomniana tu rezolucja OBWE podjęta została w efekcie uporczywych zabiegów państw nadbałtyckich, przede wszystkim Litwy i Łotwy. Dla społeczeństw „starego” Zachodu problem ten ma charakter raczej teoretyczny. Nawet tam gdzie działały swego czasu silne partie komunistyczne, jak we Francji i we Włoszech, nie było jednak komunizmu. Spór o komunizm nie jest więc sporem o ich historię. W krajach tzw. postkomunistycznych – przede wszystkim w krajach nadbałtyckich i w Polsce – to spór nie tylko o historię, ale w dużej mierze o świadomość społeczną i kształt czasu teraźniejszego. Niestety spór upolityczniony, zideologizowany i zmistyfikowany. W konsekwencji nawet próba spokojnej, rzeczowej analizy może zostać potraktowana jak kryptokomunizm albo przynajmniej relatywizacja zbrodni.
Na początek, jeśli w ogóle zamierzamy się zajmować analizą obu systemów, musimy się odżegnać od angażowania się w spór pozornie historyczny a w rzeczywistości czysto polityczny, dotyczący odpowiedzialności za wybuch II wojny światowej. Do niedawna kwestia owej odpowiedzialności leżała poza przestrzenią sporu – miała wymiar oczywistości. Odpowiedzialność Hitlera za wybuch wojny nie podlega rzecz jasna dyskusji i dzisiaj, ale 60-ta rocznica wybuchu wojny otwarła pole sporu na temat: kto, kiedy i w jakim zakresie, świadomie lub nieświadomie, bezpośrednio lub pośrednio z Hitlerem w doprowadzeniu do wojny współdziałał. W ten spór możemy się nie wdawać, ponieważ nie ma on znaczenia dla kwestii nierocznicowo aktualnej i ważnej, którą Leszek Kołakowski zawarł w pytaniu: czy rzeczywiście socjalizm narodowy i socjalizm międzynarodowy to bliźniaki dwujajowe (L. Kołakowski, s 189.)1.
Dlaczego odpowiedź na to pytanie jest tak ważna? Jeśli odpowiedź byłaby twierdząca, musielibyśmy dokonać bolesnego przewartościowania naszej historii ostatniego ćwierćwiecza, dochodząc do wniosku, że Okrągły Stół był aktem narodowej zdrady i nie wolno było paktować z diabłem. Poeta ma prawo za Jarosławem Markiem Rymkiewiczem dowodzić, że dla naszego samopoczucia byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym rzucono parę bomb i spalono jakiś komitet, ponieważ późniejsze, nieuchronne wszak, wyroki śmierci, stałyby się pomnikami narodowej chwały. Polityk jednak, który przyjąłby ten punkt widzenia, winien byłby zdrady narodowej, lub zostałby uznany za człowieka chorego psychicznie. Oczywiście nie dzisiaj – dzisiaj byłby ideowo-intelektualnym sojusznikiem Maciarewicza, Gwiazdy, Wyszkowskiego czy Walentynowicz i odbierałby najwyższe odznaczenia państwowe od Lecha Kaczyńskiego zasiadającego w fotelu Prezydenta Rzeczpospolitej.
Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której ma sens zastanawianie się nad pytaniem o podobieństwa i różnice między faszyzmem i komunizmem, czy – zaostrzając alternatywę – nazizmem i stalinizmem. Intelektualne przewartościowanie doświadczenia komunizmu było stokroć ważniejsze od wszelkich lustracji. Jeśli jednak unikano tego z uporem i konsekwencją to nie dlatego, że przekraczało to możliwości umysłowe ludzi pokroju Wildsteina, ale przede wszystkim z tej racji, że rozmaite lustracyjne gry leżały w politycznym interesie większości aktorów naszej parlamentarnej i pozaparlamentarnej sceny, natomiast poważna, intelektualna dyskusja na ten temat ograniczała im pole manewru. Przejdźmy jednak do meritum, wracając do zasadniczego pytania postawionego przez Kołakowskiego.
*
Wynotowałem sobie fragment wywiadu, który Jerzy Owsiak udzielił w styczniu 1996 roku Katolickiej Agencji Informacyjnej. Oto ten fragment: „mój ojciec, który jest i był komunistą, i tak się wychował, nauczył mnie największej uczciwości na świecie. On by rękę mi urwał, gdybym ja coś ukradł. Taka jest jego etyka, komunisty, który niczego się nie dorobił”. Na marginesie notatki zapisałem: „wyobraźmy sobie, że mówi to jakiś Muller i wyznanie brzmi: mój ojciec, który jest i był nazistą... – nie, tego sobie nie można wyobrazić”. Ale właściwie, dlaczego wyznanie Owsiaka mnie nie szokowało i nadal zresztą nie szokuje, a tego drugiego nie mogę sobie wyobrazić? Czy przyczyna tkwi tylko w dyssymetrii moich osobistych, życiowych doświadczeń, a więc w tym, że komunistów znałem (może nawet, czego dziś nie jestem w stanie rozsądzić, sam byłem, w którymś momencie swego życia, komunistą?), nazistów zaś poznać już nie zdążyłem?
Mogę sobie oczywiście wyobrazić wyznanie hipotetycznego Mullera, że jego ojciec „jest i był nazistą”, ale, że był człowiekiem „największej uczciwości na świecie”? Nie – to oczywiście niemożliwe. Albo – albo. Nazistowskie przekonania wykluczają współwystępowanie postawy etycznej, którą mógłbym nie tylko podzielać, ale choćby rozumieć. Natomiast ludzi nieskazitelnie uczciwych, którzy sami uważali się za komunistów, miałem jednak okazję poznać. To prawda, że nie było ich wielu, ale czy w ogóle tak wielu spotykamy ludzi kryształowo uczciwych? A więc może przyczyna tkwi głębiej, poza ograniczeniami osobistej biografii?
*
W czasach „zimnej wojny” dominował „model totalitarny” (Hannah Arendt). Koncentrując się na akcentowaniu podobieństw – rzeczywiście uderzających – skłaniał on do wyciągania wniosków o bliźniaczym pokrewieństwie systemów – faszystowskiego i komunistycznego. Towarzyszyło tym analizom przekonanie, że komunizm musi upaść – wcześniej czy później. Zło nie może przecież trwać wiecznie. Po 1956 roku jednak paradygmat „modelu totalitarnego” ustąpił pola „teoriom modernizacji”. Trudno godzić się na bezterminowe współżycie z „imperium zła”.
Teoretycy modernizacji, eksponując różnice między stalinowską i poststalinowską (a także przedstalinowską) fazą rozwoju komunizmu, skłonni byli dostrzegać w tym systemie specyficzną drogę rozwoju zacofanych gospodarczo społeczeństw. W tej teoretycznej perspektywie komunizm jawił się jako system niepozbawiony pewnych wartości a w każdym razie reformowalny, co pozwalało nawet przewidywać powstanie w przyszłości jakiegoś ustroju stanowiącego syntezę dwóch biegunów (teoria konwergencji). Nie było oczywiście mowy o jakimkolwiek utożsamianiu komunizmu z faszyzmem. Kiedy Reagan nazwał ZSRR „imperium zła”, w Ameryce powszechnie uznano określenie to za niestosowny lapsus, który przystoi zimnowojennemu troglodycie z ponurej epoki maccartyzmu, kompromituje jednak poważnego polityka.
Sile owych modernizacyjnych złudzeń można chyba przypisać takie ograniczenie predykcyjnej wyobraźni większości politologów i polityków zachodnich, które kazało im wierzyć w trwałość komunizmu nawet wtedy, gdy burzono już berliński mur. Gorbaczowem fascynował się Zachód do końca – przecież nie jako destruktorem komunizmu (czego sobie zresztą wielu ludzi na Zachodzie wcale nie życzyło), ale jako jego reformatorem.
Dopiero rozpad ZSRR skłonił niektórych teoretyków na Zachodzie do odkurzenia paradygmatu totalitarnego. Z jednej strony bowiem teorie modernizacji w odniesieniu do komunizmu – przynajmniej w Europie – stały się już całkowicie bezprzedmiotowe, z drugiej zaś fakty i dokumenty ujawnione dopiero po upadku ZSRR, pozwoliły wycenić skalę zbrodni popełnionych w imię komunistycznego mitu, skalę, z której tylko niewielu wcześniej zdawało sobie sprawę.
*
W Polsce stawianie znaku tożsamości między komunizmem a faszyzmem pojawiło się dopiero w okresie stanu wojennego a i to raczej w wymiarze symbolicznego „naznaczania” politycznego przeciwnika, aniżeli poważnej analizy. Ludzie, którzy krzyczeli na zomowców „gestapo” nie musieli się przecież zastanawiać, że ich okrzyki właśnie zaprzeczają owemu podobieństwu. Co prawda Zwartym Oddziałom Milicji daleko było do miana Obywatelskiej, którym ją oficjalnie nazywano, ale równie daleko im było do miana Gestapo, którym je przezywano. Gestapowców w latach okupacji (hitlerowskiej) nikt jawnie przezywać nie mógł.
Nawet ludzie, którzy byli ofiarami stalinowskiego terroru, nie posuwali się więc w Polsce do utożsamiania komunizmu z hitleryzmem. Zdarzało się to przedstawicielom emigracji, ale z reguły jedynie tym, którzy uniknęli życia w okupowanej Polsce, dzisiaj zaś zdarza się nieświadomym historycznej rzeczy młodzikom, cynicznym karierowiczom, lub ludziom, którzy, rzekomo w imię zachowania pamięci, zapadli na amnezję.
Dopiero lata III Rzeczpospolitej przyniosły pod tym względem zmiany drastyczne, zaskakujące i zastanawiające. Andrzej Walicki nie mógłby pisać dzisiaj o hitlerowskim terrorze „do którego nikt o zdrowych zmysłach nie porówna polskiego stalinizmu” (Zniewolony umysł po latach). Przeciwnie. Jeśli ktoś dzisiaj, w Polsce, pisze o okupacji to wiadomo – pisze o okupacji sowieckiej, jeśli o terrorze, to rzecz jasna stalinowskim, a jeśli o kolaboracji, to z komunizmem.
Jeszcze w pierwszych miesiącach „Święta Rewolucji” można było zjawisko to tłumaczyć potrzebami odreagowania. Czy obecnie można je wyjaśniać taktycznymi względami ostrej walki politycznej? Oto dzisiaj poseł, co prawda z Krakowa, który rości sobie, nie bez pewnych podstaw, prawo do uważania się za intelektualistę i odgrywa z upodobaniem rolę „arbitra elegantiarum” polskiej sceny politycznej, publicznie ogłasza w telewizji, że nie ma żadnych różnic między hitleryzmem a komunizmem. Jak go wytłumaczyć? Względy walki politycznej nie są tu wystarczającym wyjaśnieniem.
*
W latach siedemdziesiątych i później, nawet w latach stanu wojennego, w zasadzie nikt nie negował faktu występowania różnicy jakościowej między systemem „socjalizmu realnego”, w którym żyliśmy, a systemem stalinowskim. Zresztą większość poważnych zachodnich analityków komunizmu różnicy tej nie neguje i dzisiaj. Zamyka się ona w dystansie między (posługując się tu periodyzacją Z. Brzezińskiego) komunistycznym totalitaryzmem a komunistycznym autorytaryzmem. Polityczni agitatorzy mogą nie przestrzegać reguł semantycznej precyzji, ich lekceważenie nie przystoi jednak uczonym.
Negacja faktu, że komunizm miał kilka faz, które składały się na meandryczny co prawda, ale względnie stały proces odchodzenia od totalitaryzmu, pozwala zamknąć w jednym, totalitarnym worku, zarówno lata stalinowskie, jak i wszystkie okresy późniejsze. Ci, którzy sądzą, że oba systemy są równie zbrodnicze nie negują oczywiście faktu, że komunizm się liberalizował, ale twierdzą, że z tego nic nie wynika, bo gdyby faszyzmowi dane było żyć równie długo, pewnie by się też zliberalizował. Nie zastanawiają się jednak, że – jako przedstawiciele gatunku „podludzi” – owego hipotetycznego zliberalizowania się hitleryzmu zapewne by nie dożyli. Na szczęście jednak faszyzmowi równie długo nie było dane żyć. Pytanie dlaczego nie pojawia się w tym rozumowaniu. A powinno.
„Jakkolwiek ułomne by nie było społeczeństwo komunistyczne – pisze profesor nauk społecznych w Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, Shlomo Avineri (cytuję za „Krytyką” nr 40/93) – to nikt nie jest w stanie zrozumieć jego długotrwałej potęgi, jeśli zobaczy w niej jedynie zestaw zniewalających instrumentów represji. Zawsze była tam pewna wizja...”. Na samych tylko bagnetach długo się nie wysiedzi. No tak, ale Hitler też miał wizję i – co więcej – wokół tej wizji potrafił zjednoczyć Niemców.
"Podstawowe hasła komunizmu zawsze były wolnościowe, humanitarne i internacjonalistyczne" – powiada Milovan Dżilas w rozmowie na temat Stalina i stalinizmu, którą przeprowadzał z nim amerykański dziennikarz, Georg Urban. Czy podobieństwa terroru rzeczywiście unieważniają różnice wizji zawartych w „Mein Kampf” i w „Manifeście komunistycznym”?
W 1986 roku, moi studenci zadali mi pytanie czy widzę jakąś różnicę między stalinizmem a faszyzmem. Pytanie było sprowokowane przez wykład, a jednak było dla mnie zaskoczeniem. W tamtych latach nikt z mego pokolenia takiego pytania by nie postawił. I to wcale nie ze strachu. Odpowiedziałem, że różnicy nie można szukać w liczbie ofiar – jednego i drugiego systemu, bo takie argumenty, odwołujące się do samej jedynie statystyki zbrodni, byłyby poznawczo jałowe, a na dodatek moralnie dwuznaczne. Natomiast dostrzegam jedną różnicę, która wydaje mi się istotna, a jest dla mnie oczywista. Otóż faszyzm praktykę zbrodni wyprowadzał wprost z ideologii, której cele były zbrodnicze, wtedy, gdy komunizm, nawet w stalinowskim wydaniu, ideologią marksizmu osłaniał lub tłumaczył zbrodnicze praktyki. Studentów wyjaśnienie przekonało.
1Leszek Kołakowski, Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.


