i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-22 09:57:53

Kilka dni temu zakończył się szczyt klimatyczny w Kopenhadze i jak było do przewidzenia mimo, a może z powodu dziesięciodniowych, dyskusji, nie osiągnięto żadnego wiążącego porozumienia w sprawie ratowania naszego globu rzekomo (lub naprawdę) zagrożonego katastrofą klimatyczną. Rozwiązanie tego problemu, jeżeli rzeczywiście jest problem, wymagało konsensu 192 krajów obecnych w stolicy Danii co oczywiście nie było możliwe, tym bardziej, że poza ekologicznymi wyznawcami i prezydentem Francji Nicolas’em Sarkozy nikt tak naprawdę nie zamierzał, nie tylko podjąć, ale nawet zobowiązać się do podjęcia bardziej radykalnych działań ograniczających emisję dwutlenku węgla, kosztem ogromnych nakładów z konieczności ograniczających wzrost gospodarczy.
We Francji od kilku lat panuje, jeżeli nie paranoja, to wysoka gorączka ekologiczna. Od 2011 roku wszystkie produkty sprzedawane na rynku francuskim muszą zawierać informacje ile CO² wypuszczono do atmosfery przy ich produkcji i transporcie. Towary „zawierające” zbyt dużo dwutlenku węgla będą z rynku eliminowane, tak jak już dzisiaj np. owoce z RPA. Przed szczytem kopenhaskim N.Sarkozy w wywiadzie telewizyjnym dla Canal Plus wręcz groził bojkotem krajów, które nie podporządkują się regulacjom przyjętym na tym szczycie.
Na szczęście w Kopenhadze nie udało się nic konkretnego uchwalić. Przyjęto ogólnikową deklarację, że należy podjąć działania prowadzące do tego, aby średnia temperatura na ziemi nie wzrosła do 2050 roku bardziej, niż o 2 stopnie w porównaniu z epoką przedinsdustrialną. Bogate państwa zobowiązały się przeznaczyć 30 miliardów dolarów dla krajów rozwijających się na walkę z ociepleniem klimatu w latach 2010-12. Jedną trzecią z tej kwoty ma wyłożyć Unia Europejska. Kolejne 100 miliardów ma być przeznaczone do 2020 roku, jednak brakuje dokładnych ustaleń co do tych pieniędzy. Delegaci okazali się także nieczuli na ekscesy ekochuliganów, których wyczyny przez dziesięć dni pokazywała telewizja.
W trakcie szczytu kopenhaskiego dała o sobie znać także natura, ponieważ Europę i część Stanów Zjednoczonych zaskoczyła szczególnie ostra zima z niespotykanymi od lat opadami śniegu. W tej sytuacji trudno jest przekonać ludzi nie tylko o sensowności takich, kosztujących miliony euro, zgromadzeń, ale także miliardów na ograniczenie emisji CO², kosztem wzrostu gospodarczego. W ocieplenie klimatu wierzy, bo to oczywiście tylko wiara, niezbyt wielu ludzi, szczególnie w USA, gdzie tylko 36% badanych jest zdania, że istnieją solidne dowody na ocieplanie się klimatu. Badania te nie pokazują jak jest naprawdę, ale jedynie to, że trudno jest przekonać obywateli, podatników, do wydatków rządowych na ten cel.
Niedawno pisałem w „Bistro”, że w przypadku skomplikowanych problemów, a do takich należy klimatologia trzeba wierzyć ekspertom, ale zdania są podzielone. Tak więc komu wierzyć? To prawda, że większość uczonych, a szczególnie bardzo wpływowa Międzyrządowa Grupa Ekspertów zajmująca się ociepleniem klimatycznym, optuje za hipotezą, że przyczyną ocieplenia klimatu, co wcale nie jest pewne, jest działalność człowieka, a szczególnie emitowany przez niego tzw. „gaz cieplarniany”. Ale prawdy naukowej nie ustala się przez głosowanie.
Przed kilku laty oglądałem program francuskiej telewizji pokazujący naukowe kulisy badania tzw. „efektu cieplarnianego”. Program przedstawiał argumenty zwolenników tego efektu i jego przeciwników. Ci ostatni mówili, że po pierwsze pomiary temperatury dokonuje się głównie w miastach, gdzie wskaźniki pokazują zawsze o kilka stopni więcej niż na obszarach niezurbanizowanych, pod drugie mówili, że badania historyczne dowodzą iż na ziemi występują cykliczne, naturalne zmiany klimatu, który raz się oziębia, a raz ociepla. Wymieniali nazwisko amerykańskiego uczonego, który wydał na badania zjawiska ocieplania się klimatu kilkadziesiąt milionów dolarów, aby wykazać, że zimą jest zimno, a latem ciepło. Mechanizm uruchomienia takich badań, dowodzili uczeni występujący w tym programie telewizyjnym, jest prosty. Informuje się dziennikarzy o swoim odkryciu, które musi wzbudzić pewien niepokój, nie za wielki jednak, aby nie wywołać paniki. Resztę już zrobią media eksploatując news tak długo jak się da, równocześnie obwiniając polityków o bezczynność w obliczu zagrożenia. W tej sytuacji politycy skłonni są zaangażować w badania pieniądze podatników, aby sprawę wyjaśnić, ale także po to, aby ustalając np. normy zanieczyszczenia mieć większą kontrolę nad globalną gospodarką. Wielu poważnych oczonych m.in. Fred Singer, autor opracowania pt. „To nie człowiek, ale natura zmienia klimat na ziemi” oraz klimatolog z MIT Richard Lindzen podważają tezy o rzekomym ocieplaniu się klimatu, na który działalność człowieka ma bardzo mały wpływ. Nakręcono także film pod tytułem „Ocieplenie – wielki globalny szwindel”, który emitował w marcu 2007 roku brytyjski 4 kanał telewizji.
Na temat dwuznacznych skutków działalności tzw. ekologów w obronie środowiska tak, jeszcze w latach siedemdziesiątych XX wieku pisał w „Kwestii Miejskiej” Manuel Castells: te same dziedziny przemysłu, które – zwłaszcza w przemyśle chemicznym – najbardziej przyczyniają się do zanieczyszczenia atmosfery i wody, wysuwają się na czoło w wytwarzaniu dla tego nowego rynku. Całą sytuacją w tym względzie kieruje i koordynuje to, co uzyskało nazwę «ecoestablishmentu» pod patronatem ministerstwa spraw wewnętrznych. Tak więc nakłady poniesione na ochronę środowiska ten sam przemysł rekompensuje sobie sowicie zyskami z produkcji tych urządzeń. Chiny są dzisiaj największym wytwórcą tzw. czystych źródeł energii, elektrowni wiatrowych i paneli słonecznych, ich produkcja wymaga emisji ogromnych ilości CO², toteż władze tego kraju są dość oporne na propozycje.
Z mojej, pewnie zbyt wąskiej perspektywy świat ma poważniejsze problemy niż wiara w nieudowodnioną hipotezę i podejmowanie zgodnie z nią kosztownych działań. W Afganistanie toczy się wojna Świata Zachodniego o panowanie w tym rejonie świata, miliard ludzi, a może i więcej żyję za dwa dolary dziennie, miliony dzieci i dorosłych umierają z głodu i masowych chorób, z których AIDS zbiera szczególnie duże żniwo. W bogatych krajach, w USA i w Europie miliony ludzi są bez pracy. W samej tylko bogatej Francji jest 3 miliony bezrobotnych, a pół miliona nie ma dachu nad głową i dziesiątki osób umiera każdej zimy z wychłodzenia. Naprawdę jest się czym zająć, tymczasem wymaga się w tym kraju znakowania towarów informacją o ilości CO² wyemitowanych do atmosfery w trakcie ich wytwarzania i transportu. „Wyznawcy ekologicznej sekty” dokonują też skomplikowanych obliczeń, że np. wyprodukowanie jednego kilograma wołowiny jest równoważne podróży samochodem na odległość 220 kilometrów. Ogromy jest też „koszt ekologiczny” europejskiego dziecka: 620 podróży Paryż – Nowy Jork. „Le Nouvel Observateur”, z którego zaczerpnąłem te dane nie podaje czy tylko tam czy może też także z powrotem. Granice ekologicznego absurdu zostały już bez wątpienia przekroczone.


