i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-03-21 13:30:17

Polacy nie umieją budować miast i nigdy nie umieli. Podobno ostatnim budowniczym był Kazimierz Wielki, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”, ale historycy mówią, że to nieprawda. Obecnie jesteśmy społeczeństwem, jak to się dzisiaj modnie mówi, post szlacheckim i post chłopskim. W miastach czujemy się źle i miast nie lubimy.
Wystarczy pojechać do Warszawy, Wrocławia, Gdańska żeby zobaczyć jak je odbudowano po wojennych zniszczeniach. Pustka w środku, a dookoła wielkie zespoły mieszkaniowe. W Warszawie ciągle nie zapełnione dziury na tzw. „dzikim zachodzie” i morze ogrodów działkowych na obrzeżach centrum. We Wrocławiu ogromne puste tereny na wschód od starego miasta. W Gdańsku Wyspa Spichrzów i inne puste obszary.
W początkach lat 90-tych mówiliśmy, że to dziedzictwo PRL, ale ostatnie 20 lat pokazało, że są to przyczyny „długiego trwania”
Główne miasto w Gdańsku zostało spalone przez armię radziecką po zdobyciu miasta, odbudowane, a raczej zbudowane na nowo. Zachowano fasady ale wypruto wnętrza bloków, miejsce sklepów, magazynów, oficyn zajęła socjalistyczna mieszkaniówka. Odbudowano ratusz, liczne kościoły, bramy miejskie. Nowi mieszkańcy stworzyli nową substancję w starym stylu. Polonizację tej przestrzeni, paradoksalnie ułatwiły wojenne zniszczenia, dokonana zaś odbudowa zabytkowych części miast, chociaż nawiązywała do historycznych treści była, odwołując się do muzycznej metafory, wariacją na temat. W ten sposób gdańskie Główne Miasto uzyskało nie tylko nową społeczną treść, ale także nową przestrzenną i architektoniczną formę.
Główne miasto ma swój klimat, który tworzą zrekonstruowane fasady, przedproża kamienic gdzie kiedyś rozkładano na sprzedaż różne towary, a dziś handlują tam wytwórcy biżuterii z bursztynu. Gdańsk ma piękne, gotyckie kościoły, żurawia nad Motławą i spichrze przypominające, że był jednym z największych portów zbożowych w Europie. Ale magia miasta znika kiedy opuszczamy Główne miasto. Wycieczki jeżdżą jeszcze na Westerplatte i pod pomnik Poległych Stoczniowców 1970, ale nie stał się on jednak, jak to pokazują socjologiczne badania, symbolem miasta, mimo całej legendy robotniczych zrywów i ruchu „Solidarności”.
Gdańsk przecina przelotowa, ruchliwa trasa, miejscami ulica, ale na pozostałej części jedynie miejska droga. Podwale Grodzkie przechodzi w al. Zwycięstwa, a ta na granicy Wrzeszcza w al. Grunwaldzką i biegnie kilka kilometrów, aż do rogatek Sopotu. Droga ta jest zabudowana po obu stronach magazynami, garażami, stacjami benzynowymi, gdzie niegdzie rosną chaszcze, a od czasu do czasu nie wiadomo jak i dlaczego pojawia się jakieś centrum handlowe.
Przy Grunwaldzkiej obwieszona kiczowatymi reklamami stoi hala Oliwia, a niedaleko wtłoczony między Media Markt, a stację benzynową BP znajduje się kampus Uniwersytetu Gdańskiego. Trudno sobie wyobrazić gorszą lokalizacje uczelni. Przyzwoite architektonicznie budynki giną w urbanistycznym śmietniku, kakafonii szyldów i reklam. Budynki uniwersytetu powinny mieć odpowiednią oprawę, nobliwe sąsiedztwo, bogactwo towarzyszących usług, barów, kafejek, knajpek. Usytuowanie w tym miejscu uniwersytetu obciąża władze uczelni i miasta, nie jest usprawiedliwieniem fakt, że teren był kiedyś przyznany uczelni. Można go było zamienić a w tym miejscu wybudować np. centrum handlowe.
Ale jeśli cofniesz się choćby na chwilę do starego Wrzeszcza, to w bok od alei Grunwaldzkiej możesz się przejść spokojnymi ulicami przy których stały prawdziwe perełki secesyjnej architektury siedziby gdańskiego, zamożnego mieszczaństwa. Ten wrzeszczański klimat oddał pięknie w swojej powieści „Hanemann” Stefan Chwin. Po wojnie wille przerobiono na domy wielorodzinne, o które nikt nie dbał. Dla większości domów czas okazał się nieubłagany, stoją jeszcze z przyzwyczajenia przypominając jednak czasami dawną świetność.
Idea integracji społeczności akademickiej Uniwersytetu Gdańskiego była cenną inicjatywą, ale... dlaczego


