i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-06-18 15:26:07

Warszawianie mają kłopot sami ze sobą i ze swoim miastem. Problem polega na tym, że połowa mieszkańców nie urodziła się w tym mieście i się z nim nie utożsamia, ale niektórzy bardzo by chcieli poczuć się warszawianami. Angażują się więc w miejskie sprawy, starają się działać na rzecz miasta w organizacjach pozarządowych, organizują różnego rodzaju przedsięwzięcia. Okazują swój lokalny patriotyzm, jak to zwykle neofici, w sposób dość ostentacyjny.
Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w kilku dyskusjach na temat Warszawy wywołanych po części publikacją kwartetu w składzie: Bohdan Jałowiecki, Elżbieta Sekuła, Maciej Smętkowski, Anna Tucholska. Tytuł książki był prowokacyjny: „Warszawa. Czyje jest miasto?”. Odpowiedź na to pytanie ze strony autorów była różna: „miasto deweloperów” „miasto władzy”, „miasto niczyje”. Autorzy byli w zasadzie zgodni, że Warszawa nie jest miastem mieszkańców, ale w trakcie wspomnianych spotkań, wielu dyskutantów stwierdzało, że „Warszawa to moje miasto, bo tu mieszkam, bo tu się urodziłem”. Pytanie zawarte w tytule książki powodowało nieporozumienie. Miasto może być moje, bo się w nim urodziłem, ale równocześnie nie moje, bo nie mam wpływu na to co się w nim dzieje, jak się rozwija, co się buduje itd. Nie ma w tym sprzeczności, ale znamienne jest to, że większość odnosiła się do siebie, a nie do miasta.
Dyskurs, który toczy się o Warszawie w środkach masowego przekazu, w pracach naukowych i codziennych rozmowach jest monotonny, a jego główne wątki to problemy transportowe, korki, brud i bałagan, brak planów zagospodarowania przestrzennego, samowola deweloperów, brak centrum i niemożność zabudowy przestrzeni wokół Pałacu Kultury, indolencja władz miejskich itd. I tak w kółko, aż do znudzenia.
Tymczasem w trakcie wspomnianych spotkań pojawiło się nowe spojrzenie na miasto. Fundacja DuoPolis, której celem jest ożywianie współpracy Warszawy i Berlina, zorganizowała szereg imprez pod hasłem „Akupunktura miasta”. Inicjatorom chodziło o punktowe, społeczne interwencje mające na celu głównie aktywizowanie lokalnych inicjatyw kulturalnych bez oglądania się na miejskie władze. W trakcie jednej z dyskusji pojawiła się opinia, że centrum miasta jest w zasadzie zbędne, bo w różnych dzielnicach pojawiają się ciekawe inicjatywy, które przyciągają uczestników i widzów i to są prawdziwe ośrodki życia społecznego, a nie martwa przestrzeń wokół Pałacu Kultury. Jedna z pań architektek powiedziała nawet, że plac Defilad od 20 lat jest miejscem spontanicznego handlu, toteż należy go handlarzom zostawić.


