i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

Za rządów „Kaczystanu” napisałem felieton pt. „Teoria dwóch ciemnogrodów”. Zwróciłem w nim uwagę, że liberalne, kapitalistyczne centrum zagrożone jest przez dwie skrajności, za naczelną cechę których uznałem stosunek do wiedzy naukowej. Jeden ciemnogród to dobrze nam znany (a wówczas szczególnie uciążliwy!!), to taka przedoświeceniowa czarna sotnia. Drugi, u nas (wówczas) słabszy, to ciemnogród „politycznie poprawny”.
Jeśli ten pierwszy można określić jako przednaukowy, to drugi, jak będący jego częścią postmodernizm, jest raczej ponaukowy. Wie, że nauka dowodzi czegoś wręcz przeciwnego, ale politycznie poprawne dogmaty są ważniejsze. I mimo iż badania stwierdzają, że wyniki zastosowań dogmatów politycznej poprawności są fatalne, to tym gorzej dla nauki, nie dla dogmatów...
Obserwujemy to np. w „Obamalandzie”, gdzie zwycięscy Demokraci właśnie likwidują zasadę wyboru szkoły i pieniędzy idących w ślad za uczniem. Oczywiście przyświeca im szczytne hasło równości, na które demagodzy nabrali już niejedną społeczność niejeden raz – i nabiorą zapewne jeszcze wiele razy. Tyle, że te zasady, wprowadzone eksperymentalnie w kilku stanach, sprawdziły się. Za uczniami i pieniędzmi szli lepsi nauczyciele, a kiepskie szkoły z obawy przed zamknięciem i stratą pracy przez leniwych bakałarzy zaczęły szybko poprawiać swoją ofertę. Równość w haśle oznacza w praktyce tandetną szkolną przeciętność dla mniej zamożnych. Bo zamożniejsi, w tym elita politycznie poprawnych Demokratów, oddają dzieci do (znacznie lepszych) szkół prywatnych. Na dogmatach politycznej poprawności stracą tylko biedniejsi; ale to nie spędza snu z powiek ponaukowemu ciemnogrodowi.
U nas, w miarę jak przednaukowy ciemnogród traci politycznie na znaczeniu, rośnie aktywność ponaukowego ciemnogrodu. Trwa w najlepsze poszukiwanie ciemiężonych mniejszości, a ostatnio najwięcej miejsca w mediach ma mniejszość, której główną cechą charakterystyczną jest to, iż jest większością. Pominę metry bieżące zadrukowanego papieru zapisanego mądrymi lub niemądrymi opiniami i skupię się na jednej, moim zdaniem najszkodliwszej, mianowicie zasadzie 50% miejsc na listach kandydatów zarezerwowanych dla kobiet.
Zacznę od najważniejszego argumentu przeciw, mianowicie od psucia demokracji. Demokracja to zasada: jeden człowiek uprawniony, jeden głos. A tymczasem myślenie politycznej poprawności nie kończy się na kobietach. Mamy przecież rozmaite dyskryminowane, a czasem tylko niedopieszczone mniejszości. Są mniejszości seksualne, religijne, narodowe. I co? Też będą miały preferencje listach wyborczych? Czy może jako wyborcy też dostaną jeden extra głos? To znaczy jaką szansę w takim świecie rozszalałej politycznej poprawności mieć będę z moim jednym głosem, gdy wrzuci np. cztery głosy stojąca za mną kobieta: prawosławna, lesbijka i z białoruskiej mniejszości?
Ktoś powie, że przesadzam. Przyjrzyjmy się modelowi szwedzkiemu. Tam nie wystarczyło 50% kobiet na listach wyborczych; przecież ktoś mógłby całkowicie niepoprawnie politycznie skreślić je w głosowaniu. Wprowadzono więc parytet 50% w parlamencie. Ale paranoiczna logika nie zatrzymała się i na tym etapie. Jakiś zakręcony „równościowiec” policzył, że mężczyźni zabierają głos częściej i średnio bodaj o 4 min. dłużej. Wiec od paru lat marszałek (czy „marszałka”) przydziela głosy raz mężczyźnie, raz kobiecie. Każdy, czy ma coś do powiedzenia, czy nie, musi mówić te same 10 min. Jak widać, demokracja przydziałowa jeszcze przed nami...


